Dyskusja o możliwej wojnie osiąga apogeum. Pytania, kiedy, w jaki sposób i kogo zaatakuje Putin, biją z nagłówków europejskich i polskich mediów. To bardzo dobrze, najwyższy czas wyjść ze snu o raz na zawsze danym bezpieczeństwie. Działać należy szybko, zgodnie z sentencją: „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Natomiast przyczyn gwałtownego przebudzenia jest kilka.
Najważniejszą zmianą w podejściu Europy do wojny jest zrozumienie, że właściwym pytaniem nie jest, czy wojna wybuchnie, tylko gdzie i kiedy. A to oznacza, że liderzy większości państw członkowskich Unii i NATO poważnie traktują taki scenariusz. Dlaczego? Nad Europą zawisł upiór Trumpa, czyli utrata amerykańskiego parasola militarnego. Zdaliśmy sobie wreszcie sprawę, że jesteśmy bezbronni – z wyjątkiem Francji i Wielkiej Brytanii, posiadających narodowe siły odwetu nuklearnego.
To idealna sytuacja do rosyjskiego ataku, dlatego równie ważne okazuje się rozpoznanie strategii agresora. Dotarło do nas, że Putina nie zadowoli zniszczenie Ukrainy. Będą kolejne ofiary zbrodniarza wojennego. Jednak prawdziwym kubłem zimnej wody wylanym na głowy europejskich przywódców jest narastająca świadomość, że Kreml prze do wojny, a Putinowi zależy na tym, żeby trwała.
Zdegradował społeczeństwo pod każdym względem, wpędzając kraj w każdy z możliwych kryzysów. W sytuacji bez wyjścia wojna jest naprawdę jedyną metodą zapobiegnięcia rozpadowi państwa i wojnie domowej, przemnożonej przez 126 narodów i grup etnicznych zamieszkujących Rosję. Niekończąca się wojna jest oczywiście instrumentem utrzymania władzy przez Putina, gwarancją dalszego bezkarnego okradania własnego społeczeństwa – a jednak takie wyjaśnienia są trywialne. Problem jest egzystencjalny. Powtórzmy: permanentna agresja militarna to jedyna metoda przetrwania Rosji we współczesnym świecie. Inaczej to ona, a nie Ukraina, zniknie z mapy świata. Hasło odbudowy imperium zostało użyte jedynie dlatego, że jest dla Rosjan historycznie zrozumiałe.
Wnioski są dla Europy dramatyczne. Nie pozostawiają nam wyboru. Obronimy się albo zginiemy – i to bez względu na to, kto urzęduje na Kremlu, ale także w Białym Domu.
Następną kwestią, którą trzeba wyjaśnić, jest czas, a raczej jego brak. Dwóch, trzech lat, o których najczęściej mowa, nie wzięto z sufitu. Chodzi o sytuację Ukrainy i wojenną mobilizację Moskwy. Realnie rzecz biorąc, ukraiński front może rozsypać się w każdej chwili. Kijowowi brakuje amunicji i broni, ale przede wszystkim rezerw ludzkich. Jeśli taki scenariusz się dopełni, Rosjanie staną w najlepszym przypadku na linii Dniepru, w najgorszym na Bugu. To kluczowe, ponieważ za dwa, trzy lata dokończą formowanie armii, korpusów i dywizji utworzonych do wojny z NATO, czyli z Polską. Nasza wielka pomyłka polegała na tym, że uwierzyliśmy w ponadczasowy opór ukraińskiej armii. Z drugiej strony mało kto przewidział zdolność Rosji do równoległej rozbudowy armii, której celem nie jest Kijów, tylko Warszawa i Berlin. Nie przypuszczaliśmy, że Putinowi uda się przestawienie gospodarki w tryb wojenny. Dziś Europa znajduje się pod tym względem daleko w tyle. Wróg ma także przewagę decyzyjności politycznej. Tymczasem UE musi ją wypracowywać w czasochłonnych procesach uzgodnień, często mających charakter zgniłych kompromisów.
Jeszcze gorzej jest ze świadomością społeczeństw, które wciąż nie przyjmują do wiadomości, że rosyjska napaść jest możliwa i prawdopodobna. „Rozumieć Rosję” chce za to nadal spora grupa polityków i zachłannych sterników biznesu. Dlatego nie ma europejskiej gotowości do wojny, w przeciwieństwie do nastrojów kapitulanckich. Celują w tym zawsze prorosyjskie Włochy, Hiszpania oraz Niemcy. Te ostatnie, ze względu na potencjał gospodarczy i polityczny, głośno deklarują gotowość walki, ale w praktyce nic nie robią, blokując wspólną obronę Europy.
Nie wypadamy na ich tle szczególnie wybitnie. Daje o sobie znać czas przygotowań obronnych zmarnowany przez Zjednoczoną Prawicę. Mimo wzrostu zagrożenia PiS przypominało sobie o Rosji tylko w trybie wyborczym. I tego ośmiolecia nadrobić się nie da, nawet ogromnym wysiłkiem koalicji demokratycznej. Zgodnie z deklaracjami pisowskich „tytanów intelektu” fabryki broni i amunicji miały być, ale nadal ich nie ma i nie wiadomo, kiedy będą. Podobnie jak Kraby, Rosomaki i Borsuki. Nierozbudowane fabryki zakorkowały się zamówieniami na sprzęt. Tego szybko przeskoczyć się nie da. To największy grzech poprzedniego rządu.
Natomiast sama debata o wojnie jest bardzo wskazana. Bez zmiany podejścia i zjednoczenia wszystkich Polaków obrona przed Rosją nie będzie skuteczna. To nie straszenie wojną, tylko informowanie, że może nastąpić i kiedy. Po to, abyśmy wszyscy się do niej przygotowali, wspomagając armię i chroniąc się sami do czasu, gdy do Polski dotrze pomoc NATO. O ile nadejdzie. Do wszystkich Polaków musi dotrzeć również konieczność nieuchronnych wyrzeczeń. Priorytetem jest dobrze uzbrojona armia. Zdolna zarówno do obrony, jak i bolesnego odwetu na Rosji. Tylko strach przed siłą może powstrzymać Putina. Jego strach wywołają twarde dane o tym, że napaść na Polskę jest tak kosztowna, że aż nieopłacalna z każdego punktu widzenia. Ale nawet wtedy nasz udział w wojnie jest przesądzony. Atak na inne państwo NATO zgodnie z Traktatem Waszyngtońskim spowoduje, że polska armia ruszy do boju. Musimy nabrać świadomości, że o ile wojna wybuchnie, z pewnością nas nie ominie.
Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz
Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Jakub „Gessler” Nowak, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.