Putin straszy Zachód uderzeniem atomowym od początku agresji. Co zatem stało się w ostatnich tygodniach, że nie tylko NATO, ale także Unia Europejska grozi Rosji miażdżącym odwetem?
W ostatnich dniach odnotowaliśmy wiele sygnałów świadczących o powadze sytuacji. W Polsce straż pożarna, która jest fundamentem obrony cywilnej, rozprowadza tabletki jodu. To pierwiastek chroniący przed pierwiastkami promieniotwórczymi, takim jak pluton i cez. W zbiorową pamięć wryła się nam tragedia Czernobyla. Chyba dlatego nasze władze rozpowszechniały „uspokajającą” narrację.
Chodzi o neutralizację skutków możliwej awarii Zaporoskiej Elektrowni Atomowej. Jak wiadomo, największy tego typu obiekt w Europie jest w ręku Rosjan. W pobliżu elektrowni toczą się zaciekłe walki z użyciem ciężkiej broni.
O wypadek nietrudno, jednak w takich okolicznościach, równie łatwo sprowokować radioaktywną awarię. Rosja nie musi dokonać rakietowego ataku jądrowego. Ma w ręku „brudną bombę”, którą w odpowiednich warunkach atmosferycznych może skierować nad Europę. Putin się nie poważy? Sabotaż gazociągów Nord Stream świadczy, że jest gotowy wymordować Ukraińców i obywateli UE.
Rzecz jasna obarczając winą stronę ukraińską. O ile wspólnota euroatlantycka nie da się nabrać na rosyjską prowokację, nie można tego powiedzieć o Azji, Afryce i Ameryce Południowej, już podatnych na propagandę Kremla.
Z tym, że jeśli rozprowadzanie tabletek jodu można jeszcze wytłumaczyć technogenną katastrofą, o tyle pilnego przeglądu polskich schronów przeciwatomowych już nie. Zresztą cała Europa zrobiła dokładnie to samo tyle, że latem.
Ktoś może mieć jeszcze wątpliwości, co do zagrożenia wojną jądrową. Może tłumaczyć przygotowania obowiązkiem państwa wobec obywateli. Władze nie mogą przecież zlekceważyć najmniejszego sygnału, a działania mają charakter prewencyjny, na tak zwany wszelki wypadek. Niestety byłoby to chowanie głowy w piasek, o czym świadczą dwa wydarzenia.
Po terrorystycznych atakach rakietowych na ukraińskie miasta NATO zwołało pilną naradę, pod hasłem równie pilnego wsparcia Kijowa nowoczesnymi systemami obrony powietrznej. Względy humanitarne mieszają się z pragmatyzmem. Każda rosyjska rakieta obezwładniona nad Ukrainą, a jeszcze lepiej nad Rosją, zmniejsza ryzyko ataku jądrowego na Europę.
Sojusz ostrzegł także ustami Joe Bidena, że taki krok Moskwy nie pozostanie militarnie bezkarny. Zachód odpowie z całą mocą. Jeśli nie środkami napadu jądrowego, ma dostateczny potencjał konwencjonalny, aby spopielić rosyjską infrastrukturę krytyczną. Dyplomacja ma swoje prawa, dlatego szczegółów możliwych działań USA i NATO nie przedstawił Biały Dom. Włożył ostrzeżenie w usta byłego dowódcy sił amerykańskich w Europie generała Bena Hodgesa. Bo też taktyczną broń jądrową Kreml może wykorzystać albo w Ukrainie, albo w Europie, a zwłaszcza na wschodniej flance Sojuszu. Polska jest głównym hubem sprzętu wojskowego dla Ukrainy, tymczasem Iskandery i Kalibry eksplodowały 25 km od naszej granicy. Miały głowice konwencjonalne, ale ich zamiana na atomowe to dla Moskwy żaden problem.
Jeśli stanowcze deklaracje USA i NATO nie przekonują do końca o realności rosyjskich gróźb, niedowiarków sprowadza na ziemię bezprecedensowe oświadczenie głównego dyplomaty Unii. Josep Borrell słowo w słowo powtórzył słowa Joe Bidena i Bena Hodgesa. A przecież dotychczas jak ognia unikał fraz kłócących się z europejskimi sposobami rozwiazywania sporów, którymi są negocjacje i kompromis. Jeśli już Bruksela uznała, że nie ma z kim i o czym rozmawiać, sytuacja jest bardzo poważna. Świadczy o identycznym toku myślenia Berlina i Paryża, a nie tylko Polski wraz z Europą Środkową.
Miejmy nadzieję, że zachodnie ostrzeżenia wpłyną na Putina otrzeźwiająco. Że wynikają jedynie z mądrości osiągniętej na podstawie eskalacyjnej strategii Moskwy. Jeszcze rok temu mało kto wierzył, że Putin najedzie Ukrainę, dokona masakry i eksterminacji jej mieszkańców, zastosuje państwowy terroryzm według recepty Stalina. Wówczas Unia zlekceważyła amerykańskie ostrzeżenia, dziś pokazuje swoją determinację.
Paradoks wywołała skuteczność ukraińskiej armii, dozbrajanej przez Zachód. To jej zwycięstwom zawdzięczmy pójście w rozsypkę rosyjskich sił zbrojnych, a wraz z nimi mocarstwowości Moskwy. Ostatnie dane mówią same za siebie. Kreml stracił 90 tys. żołnierzy i oficerów. To masakra niewidziana od czasu sowieckich strat w hitlerowskich „kotłach”. Po 7 miesiącach wojny Putin nie ma kim i czym walczyć.
Niestety pozostał mu w rękach ostatni argument. To bron jądrowa. W takich okolicznościach niepokojąco brzmi informacja o zmianie głównodowodzącego agresją. Generał Surowkin zasłużenie nosi przydomek rzeźnika Syrii. Teraz, ku zadowoleniu Kremla, chce przejść do historii jako oprawca Ukrainy. Czy także Europy i zasłynąć wywołaniem trzeciej, nuklearnej wojny światowej?
Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz
Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Jakub „Gessler” Nowak, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.