Pamiętam, jak odwiedziłem kilka lat temu Hiroszimę. To ładne miasto, być może mające najbardziej europejski „sznyt” w Japonii. O zdarzeniach z 1945 r. przypomina tam Park Pokoju i muzeum poświęcone atakowi nuklearnemu. Robi ono wstrząsające wrażenie. Co innego jest czytać o bombardowaniu atomowym w książkach, a co innego zobaczyć jego ślady.
Stopione dachówki i sprzęty domowe, częściowo spalony mundurek szkolny nałożony na dziecięcy manekin, fragment schodów, na których został cień człowieka, który wyparował… To wszystko świadczy o grozie ataku jądrowego przeprowadzonego przez Amerykanów. O sens tego ataku historycy spierają się od kilku dekad. Generał Curtis Le May, który dowodził kampanią konwencjonalnych bombardowań Japonii, uważał zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki za całkowicie niepotrzebne. Jego kampania bombardowań już przecież totalnie zdewastowała japoński potencjał przemysłowy. Le May dysponował wyliczeniami mówiącymi, że w wyniku tego wojna miała skończyć się na początku września 1945 r. Za całkowicie zbędne zrzucenie bomb atomowych na Japonię uważali również generałowie Douglas MacArthur i Dwight Eisenhower. Trudno chyba o większe autorytety w ówczesnej amerykańskiej armii. Japonia już od kilku miesięcy starała się poddać Amerykanom. Japończycy upierali się tylko przy tym, by alianci oszczędzili instytucję cesarstwa. Departament Stanu USA twardo odrzucał tę prośbę, by po ogłoszeniu rozejmu przez Japończyków po cichu się na niego zgodzić. Bombardowania Hiroszimy i Nagasaki były więc bez wątpienia zbrodniami wojennymi. W te zbrodnie wojskowi zostali jednak wmanewrowani przez bezdusznych biurokratów z Departamentu Stanu.
Ataki na Hiroszimę i Nagasaki miały jednak głęboki cel strategiczny. Były przede wszystkim demonstracją dla Stalina, by pohamował swoje imperialne apetyty. Sowieci na serio myśleli o przeprowadzeniu „marszu wyzwoleńczego” w Europie Zachodniej. Demonstracja potęgi nowej broni mocno ostudziła ich zapał.
Być może jednak byłoby lepiej dla świata, gdyby stalinowska armia ruszyła wówczas na Zachód. Siły sowieckie były już przecież mocno wykrwawione, a bez pomocy amerykańskiej czekała je logistyczna katastrofa. Po takiej sowieckiej klęsce Polska mogłaby zostać wyzwolona z komunizmu. Żołnierze „Łupaszki” i „Zapory” przeszliby ulicami zrujnowanej Warszawy wspólnie z żołnierzami Andersa i Maczka. Dzisiaj oczywiście jest to tylko wizja z gatunku historical fiction. Historia potoczyła się inaczej.
Na obrzeżach Parku Pokoju w Hiroszimie znajduje się zniszczony budynek z charakterystyczną kopułą. Możemy go rozpoznać na zdjęciach z 1945 r. pokazujących zniszczone miasto.
Obecnie można tam spotkać licealistów i licealistki zbierających podpisy pod petycją o globalne rozbrojenie nuklearne. – Onegai shimasu! – proszą mnie dziewczęta w mundurkach szkolnych. Podpisałem. Wiem, że to absolutnie nic nie zmieni. One będą mieć jednak zaliczone zadanie w szkole.
Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz
Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Jakub „Gessler” Nowak, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.