Zamachy na Amerykę

Dzień, w którym zmienił się świat

11 września 2001 r. o godzinie 6.33 pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetliły wyspę Manhattan. Na niebie nie było chmur. Szykował się pogodny dzień, choć powietrze było orzeźwiająco chłodne. Po dwóch miesiącach niemal tropikalnych upałów mieszkańcy Nowego Jorku z ulgą witali upragnione ochłodzenie. Nie wiedzieli, że tego dnia, na ich oczach, świat zmieni się na zawsze.

Paweł Łepkowski
Foto: rds323, Public domain, via Wikimedia Commons

Na stacji metra World Trade Center pojawili się pierwsi podróżni; większość z nich skierowała się do biur ulokowanych w dwóch najwyższych budynkach w mieście. Wielu z nich miało już nigdy nie powrócić do własnych domów.

Dramat rozpoczął się o godzinie 8.46, kiedy samolot linii lotniczych American Airlines, lot nr 11, o numerach rejestracyjnych N334AA, pilotowany przez Mohammeda Attę Al-Sayeda, lecący z prędkością prawie 900 km/h, wypełniony 10 tys. galonów paliwa, wbił się między 94. a 98. piętro północnej wieży WTC. Egipski porywacz wykonał mistrzowskie sprowadzenie olbrzymiego samolotu pasażerskiego, godne najlepszych pilotów świata. O 8.37 samolot zaczął obniżać poziom o 900 m na minutę z wysokości 8800 m. W ciągu sześciu minut pilot sprowadził potężną maszynę na wysokość około 200 metrów nad Manhattanem, aby bezbłędnie, z chirurgiczną wręcz precyzją uderzyć w wieżę WTC. Powołana przez amerykański Kongres specjalna komisja śledcza, nazywana w mediach „Komisją 9/11”, ustaliła, że samolot w momencie uderzenia dosłownie wyparował. Wielu sceptycznie nastawionych naukowców podważa racjonalność takiego myślenia. No, chyba że tego dnia w Stanach Zjednoczonych panowały inne prawa fizyki. Jak bowiem można wytłumaczyć, że pasażerski boeing zniknął, ale z pożogi uratował się papierowy saudyjski paszport Satama Al-Suqamiego, jednego z porywaczy?

O dramacie pracowników WTC Ameryka dowiedziała się około 8.50 czasu nowojorskiego, kiedy przerwano program lokalnych i narodowych stacji telewizyjnych, by pokazać pierwsze zdjęcia z „pożaru”, jaki trawił jedną z wież World Trade Center na Dolnym Manhattanie. Początkowo media informowały o wybuchu gazu na wysokości 94. piętra wieży północnej. Tysiące mieszkańców domów położonych na zachodnim brzegu rzeki Hudson przyglądało się z okien ze zdumieniem i całkowitą bezradnością tragedii, jaka rozgrywała się na drugim brzegu. Zmieniające się z minuty na minutę kolejne doniesienia medialne zaczynały brzmieć coraz mniej wiarygodnie. Cała Ameryka oglądała w osłupieniu zdjęcia z helikopterów telewizyjnych oblatujących palącą się wieżę północną. Na oczach świata rozgrywał się przerażający dramat ludzi, którzy uciekali przed ogniem, skacząc z okien najwyższych kondygnacji budynku. W pewnym momencie jeden z komentatorów telewizyjnych ogłosił, że otrzymał zdumiewające wiadomości z Waszyngtonu, gdzie rzekomo płonął Kapitol. Inna stacja telewizyjna powoływała się na depeszę agencyjną o ewakuacji członków Izby Reprezentantów i Senatu ze stolicy w nieznanym kierunku. Dopiero o 9.05, kiedy płonęła już druga wieża WTC, szef personelu Białego Domu Andrew Card zdecydował się przerwać spotkanie prezydenta George'a W. Busha z uczniami szkoły podstawowej na Florydzie, szepcząc mu do ucha, że właśnie otrzymał doniesienia o ataku na amerykańskie obiekty cywilne. W kraju, który posiada najlepiej zorganizowaną sieć komunikacyjną na świecie, panował tego dnia zupełny chaos informacyjny. Miało się wrażenie, że nikt nic nie wie, a coraz bardziej zadziwiające doniesienia z Waszyngtonu brzmią całkowicie niewiarygodnie.

Wbrew prawom fizyki

O godzinie 9.03 drugi samolot, Boeing 767-222, należący do amerykańskich linii United Airlines, lot nr 175, pilotowany przez pilota awionetek Al-Shehhiego, także wypełniony 10 tys. galonów paliwa, wbił się pomiędzy 77. a 84. piętro drugiej, południowej wieży WTC. Pilot zaczął gwałtownie obniżać pułap lotu z wysokości 8686 m nad New Jersey w tempie ok. 3000 m na minutę. Każdy pilot świata potwierdzi, że Al-Shehhi mistrzowsko sprowadził maszynę lecącą z szybkością prawie 1000 km/h nad Dolny Manhattan i z precyzją pocisku Stinger trafił w drugi wieżowiec WTC. Uderzenie samolotu w południową wieżę tylko pogłębiło chaos. Niektóre lokalne stacje telewizyjne podawały informacje o możliwym ataku rosyjskim, inne o samolocie lecącym z misją zniszczenia Białego Domu.

Fakt bezbłędnego naprowadzenia samolotu na cel przez zwykłego dyletanta budzi zrozumiałe wątpliwości wobec wniosków, jakie wyciągnęła później „Komisja 9/11”. Równie zadziwiające jest, że na wysokości około 10 tys. metrów kilka osób dodzwoniło się z telefonów komórkowych do swoich bliskich przebywających w różnych regionach Ameryki. Dopiero kilka lat później wprowadzono do samolotów pasażerskich technologię umożliwiającą takie połączenia. Każdy, kto podróżował samolotem w tamtym czasie, pamięta doskonale, że połączenie przez telefon komórkowy z pokładu samolotu pasażerskiego lecącego na tak dużej wysokości było niemożliwe. Tymczasem ku zdumieniu śledczych z komisji parlamentarnej istnieją potwierdzone dowody, że tego dnia przynajmniej dwie osoby znajdujące się na pokładzie samolotu American Airlines (lot nr 77) połączyło się ze swoimi rodzinami. Jedną z nich była stewardesa Renee May, która zadzwoniła do swej matki Nancy, mieszkanki Las Vegas. Czyżby – jak podkreślali to w swoim śledztwie dziennikarze telewizji ABC – wieloletnia pracownica linii American Airlines nie wiedziała, że takie połączenie jest niemożliwe? Raport „Komisji 9/11” wskazuje, że tego dnia nie działały prawa fizyki.

Dlaczego runęła trzecia wieża?

Tuż przed godziną 10.00 komentatorzy jednej z lokalnych stacji nowojorskich przerwali rozmowę, informując o serii eksplozji, których dźwięk dochodził z południowej wieży WTC. Otoczona przez tłum uciekających ludzi dziennikarka stacji ABC krzyczała do mikrofonu, że słyszała potężną eksplozję i serię mniejszych detonacji. Przez krótką chwilę kamery wyraźnie pokazały małe obłoczki dymu wybuchające wzdłuż pięter. Kilka sekund później ku zdumieniu widzów na całym świecie południowa wieża World Trade Center, jedna z najpotężniejszych konstrukcji stalowych, jakie kiedykolwiek zbudowano, zapadła się do środka tak jak widowiskowo wysadzane stare hotele w Las Vegas. 36 minut później identyczne obłoczki dymu i suchy dźwięk detonacyjny zapowiedziały implozję północnej wieży WTC.

Wszyscy doskonale pamiętają widok zapadających się dwóch wież WTC. Niezbyt znany jest jednak fakt, że tego dnia zawaliły się jeszcze dwa inne olbrzymie budynki Dolnego Manhattanu. Około godziny 16.10 runął 47-piętrowy budynek Salomon Brothers 7, zwany także World Trade Center 7, który miał służyć jako centrum kryzysowe dla dwóch wież WTC. Pięć kwadransów później i ponad 7 godzin od zawalenia się pierwszego wieżowca runął także bez żadnych powodów technicznych sąsiedni budynek oznakowany jako WTC nr 3, mimo że żaden samolot w niego nie uderzył. Co prawda waląca się wieża południowa uszkodziła częściowo jedno z jego skrzydeł, ale nie w takim stopniu, który groziłby zawaleniem się całej konstrukcji.

Nawet „Komisja 9/11” nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia, dlaczego potężny, w dużym stopniu wykonany z płyt betonowych, cegieł i stalowego szkieletu, niezwykle solidny budynek WTC 3 niespodziewanie zawalił się jak domek z kart. Niektóre źródła rządowe poinformowały w pierwszym odruchu, że WTC 3 został wysadzony w sposób kontrolowany, ponieważ w każdej chwili mógł się zawalić. Wiadomość tę jednak później kilkakrotnie dementowano. Dlaczego? Ponieważ eksperci dowiedli, że zorganizowana akcja kontrolowanej detonacji WTC 3 nie mogłaby być przeprowadzona w ciągu zaledwie siedmiu godzin wśród dymu i płonących zgliszczy dwóch największych wieżowców Manhattanu. Dziennikarze śledczy telewizji ABC zasięgnęli opinii profesjonalnych firm rozbiórkowych, zajmujących się od dekad wysadzaniem pustostanów i olbrzymich budynków. Żaden ekspert nie poparł rządowej tezy, że można taką operację przygotować i przeprowadzić „z biegu” w ciągu zaledwie siedmiu godzin, i to w tak skrajnych warunkach, jakie panowały tego dnia na obszarze nazwanym później Ground Zero. Zwłaszcza że w tym czasie trwała tam desperacka próba ratowania ocalałych ofiar katastrofy. Profesjonaliści podkreślili, że tego typu złożona akcja przeprowadzana w nieporównywalnie lepszych warunkach musiałaby być przygotowana wiele dni lub tygodni wcześniej. Świadome zasypanie terenu dodatkową warstwą gruzu i pyłu w czasie ratowania ofiar byłoby skrajną głupotą i nieodpowiedzialnością osób podejmujących taką decyzję.

Widok słupa dymu unoszącego się nad Manhattanem robił piorunujące wrażenie na mieszkańcach Nowego Jorku i okolicznych miasteczek stanu New Jersey. Zniszczenie nadajnika telewizyjno-radiowego na jednej z wież WTC spowodowało, że tylko nieliczne lokalne stacje radiowe i telewizyjne nadawały tego dnia programy. Na amerykańskich samochodach pojawiły się flagi i zdjęcia wież WTC. Przed domami stały płonące świece. Część dróg dojazdowych na Manhattan zablokowała policja. Na nowojorskim niebie, zazwyczaj pełnym samolotów, panowała przygnębiająca pustka. Na Ground Zero wśród dymu i ruin rozgrywał się dramat tych, którzy jeszcze żyli pod gruzami, oraz tych, którzy desperacko próbowali ich ratować. Kilka ulic dalej rosnąca z minuty na minutę rzesza zrozpaczonych ludzi próbowała dowiedzieć się od obsypanych popiołem przechodniów, czy nie widzieli ich bliskich. Potworne przygnębienie panowało wśród tysięcy nowojorczyków, którzy w grobowym milczeniu opuszczali Manhattan, idąc pieszo przez Most Brooklyński. Wszyscy zadawali sobie jedno pytanie: kto ośmielił się podnieść rękę na ich ojczyznę?

Tego dnia zginęły ogółem 2973 osoby. Los 26 zaginionych jest nadal nieznany. Ten największy w historii Ameryki akt terroru zmienił jej oblicze. Od tej pory celem nadrzędnym amerykańskiego rządu stała się walka z radykalnymi organizacjami islamskimi oraz sponsorującymi je „państwami zbójeckimi”. Efektem tego nastroju było uchwalenie 26 października 2001 r. przez Kongres ustawy specjalnej USA Patriot Act, która po raz pierwszy w historii Ameryki zezwalała służbom specjalnym na aresztowanie i przetrzymywanie bez decyzji sądu i bez żadnego usprawiedliwienia cudzoziemców podejrzanych o organizację aktów terrorystycznych przeciw Stanom Zjednoczonym. Może zastanawiać, dlaczego dopiero trzy lata później, 29 października 2004 r., telewizja Al-Dżazira opublikowała oświadczenie Osamy Bin Ladena, który wziął na siebie odpowiedzialność za organizację zamachów terrorystycznych w Ameryce.


Przeczytaj też:

Kabaretowy niemiecki pucz

Jeśli wierzyć policji i tajnym służbom RFN, w Berlinie miało dojść do powtórki z operacji „Walkiria”. Nie, kanclerz Scholz nie został ranny w zamachu. Nikt też nie wyprowadził na ulice Berlina Armii Rezerwowej. Za to grupa dziwaków chciała ponoć wskrzesić cesarską II Rzeszę. I planowała to zrobić...

Nowa amerykańska forteca na Bliskim Wschodzie to klarowny sygnał dla Arabów

Budżet: miliard dolarów. Powierzchnia: 43 akry (z górką 17 hektarów). Lokalizacja: Bejrut.

Bajka o Prigożynie, zielonych ludzikach, buncie i katastrofie lotniczej

Podobno pod Moskwą rozbił się jakiś samolot. Podobno na pokładzie był właściciel prywatnej armii rosyjskich najemników. Ale czy ktokolwiek może to potwierdzić? Media światowe, tak krytyczne wobec propagandy rosyjskiej, łyknęły tę historię szybko i bez żadnej refleksji. Komenta...

Zamach, który miał ocalić Niemcy

78 lat temu pułkownik Claus Schenk von Stauffenberg przeprowadził w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna na Mazurach zamach bombowy na Adolfa Hitlera. Mimo że przygotowany ładunek eksplodował w odległości zaledwie kilku metrów od Hitlera, wódz III Rzeszy wyszedł z zamachu z niewielkimi obrażeniami. Po ra...

Płoną lasy! Kiedy my spłoniemy?

Armagedon w stolicy świata? Fikcja czy rzeczywistość? Scena z filmu fantastycznego czy realny świat? Niestety, to smutna prawda, choć tydzień zaczął się niewinnie.

Zawód: negocjator

Mało kto wie, że fundamentem dla negocjacji biznesowych były techniki i metody stosowane przez policjantów, którzy próbowali rozwiązywać sytuacje kryzysowe bez użycia siły.

Nie daj się reptilianom, czyli teorie spiskowe

Spiski, wszędzie spiski... Czy wiara w teorie spiskowe wiąże się z niepewną przyszłością? A może jest to ciężka praca „agentów wpływu”, czyli algorytmów i innych botów? Faktem pozostaje, że coraz więcej z nas wierzy w spiski.


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Jakub „Gessler” Nowak, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę