Ponad pół roku temu Prezydent Rafał Trzaskowski „otworzył” po prawie roku przebudowy Plac Pięciu Rogów. Miało to być miejsce symboliczne, jedna z wizytówek nowoczesnej przebudowy stolicy. Czy plan się udał, czy 15 milionów z kieszeni podatnika jak w wielu innych miastach utopiono w betonie? Jak prezentuje się to teraz?
W Warszawie u zbiegu ulic: Brackiej, Kruczej, Zgody, Szpitalnej i Chmielnej było ruchliwe skrzyżowanie, które, delikatnie rzecz ujmując, nie przyciągało do siebie urokiem. Było tłoczno, ruchliwie, a pieszych otaczał hałas i spaliny. Na przebudowę tego miejsca, tradycyjnie nazywanego Placem Pięciu Rogów, naciskali mieszkańcy, a trzeba było być ślepym, by nie zauważyć, jak bardzo było tego trzeba. Dlatego w 2016 r. stołeczny ratusz rozpisał konkurs na przebudowę okolicy. Prace ruszyły w 2021 r., a efekt finalny zobaczyliśmy latem tego roku.
W dzień otwarcia placu na oficjalnym Facebookowym fanpage’u stolicy pojawiła się taka informacja: "W miejscu, gdzie do niedawna jezdnie przecinały popularny trakt spacerowy, zostawiając jedynie wąskie chodniki wśród kamienic, powstał plac! Otwarty dla pieszych, spacerowiczów i rowerzystów. Mamy teraz bezpieczną przestrzeń z miejscem na ogródki gastronomiczne i wydarzenia plenerowe. Można się tu zatrzymać, zjeść coś dobrego, a także posłuchać muzyki czy poczytać. Kiedyś była to przestrzeń pozbawiona zieleni, dziś pojawiły się tam 22 klony, które, jak urosną, dodadzą jeszcze więcej zieleni"
Pomysły urzędu miasta nie tylko nie przetrwały próby czasu, ale wydaje się, że były nietrafione od samego początku. Okrzyknięcie tej betonowej pustyni placem jest, delikatnie rzecz ujmując, na wyrost. Tak samo jak zachwyty nad tym, że teraz nic nie przerywa traktu spacerowego. Owszem, ruchu jest zdecydowanie mniej, ale nadal nie oznacza to, że mogę przejść przez tę okolicę, nie rozglądając się na jadące pojazdy. Ponieważ mimo wielkich ochów i achów nad zmianą tego skrzyżowania w plac przyjazny dla pieszych nadal pozostawiono jeden pas przejezdny dla autobusów, taksówek i samochodów prywatnych ze specjalnym oznaczeniem. Motywacją do powstania tego tekstu było to, że w trakcie spaceru tym traktem pieszym prawie straciłem życie pod kołami rozpędzonej taksówki. Zmiana ruchu dodała też jeszcze jeden ważny element ozdabiający miasto: radiowóz policji lub straży miejskiej na wjeździe od strony alei Świętokrzyskiej. W błękicie policyjnych lamp funkcjonariusze muszą tłumaczyć kierowcom, że ulica, którą przed sobą widzą, to nie ulica, tylko plac.
Taki sposób rozplanowania przestrzeni sprawił, że ta okolica ma wyjątkowy nastrój w szare jesienne wieczory. Kroczymy po betonowej nawierzchni w towarzystwie rachitycznych drzewek, a w tle zawsze widać błyski niebieskiego światła.
Za 15 milionów złotych mieszkańcy Warszawy kupili sobie rekonstrukcję dystopijnego filmu lub po prostu spacerniak. Największy problem tej pomyłki architektonicznej tkwi właśnie w zieleni. Na Placu Pięciu Rogów nie znajdziemy klombów, krzewów, nawet kawałka trawy. Wszystko jest ładnie równo wybetonowane, jest to oczywiście beton elegancki, gładki, artystyczny – ale nie zmienia to faktu, że to nadal beton. Podobno o tyle specjalny, że latem ma odbijać promienie słońca i nie ma być na placu zbyt gorąco, ale z racji, że mija pół roku i w tym czasie „testowałem” tę okolicę w różnych warunkach pogodowych, mogę z ręka na sercu powiedzieć: to bujda. Jest tak gorąco, jak mieszkańcy przypuszczali, że będzie. Za chłód w tej przestrzeni do odpoczynku, czytania i słuchania muzyki miały odpowiadać drzewa i sadzawka. Wszem i wobec chwalone 22 klony to rachityczne badyle, które wywołują raczej uśmiech politowania, niż ulgę w gorący dzień. Miejscy urzędnicy mówią, że klony mają się rozrosnąć i dopiero wtedy spełniać swoją powinność. Przyznam, że ogrodnikiem nie jestem, ale nie widzę w jaki sposób rzeczone klony mają się rozrosnąć, gdy dano im wręcz mikroskopijną przestrzeń dookoła pnia. Wygląda to naprawdę mizernie, ale nie tak mizernie jak wyżej wymieniona sadzawka. Przyznam szczerze, że o tym, że ta kałuża jest zamierzonym zabiegiem, a nie awarią kanalizacji dowiedziałem się, przygotowując się do tego artykułu. Latem myślałem, że to po prostu awaria hydrantu. Nazwanie sadzawką wgłębienia w betonie płytko napełnionego wodą jest wręcz obelgą dla samej idei sadzawek. Widywałem bardziej estetyczne kałuże.
Ten plac to kompletna porażka, jeśli chodzi o walory zarówno estetyczne, jak i użytkowe. Ze strony architektonicznej to parodia całej sztuki budowania, a ze strony miasta akceptacja tego projektu jawi się jako skrajna wręcz niegospodarność. Latem gorąco i nieprzyjaźnie. Zimą depresyjnie i szaro. A to wszystko za skromne 15 milionów z naszych podatków. Drodzy miejscy włodarze, jako mieszkaniec proszę, zanim podpiszecie się pod jakimś projektem i zaczniecie sobie z werwą podawać ręce, pomyślcie, to nie boli. Na pocieszenie powiem, że przynajmniej postawili tam świąteczne iluminacje i jest trochę mniej fatalnie. Niestety tylko trochę.
Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz
Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Jakub „Gessler” Nowak, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.