Opinie

„Zła” Merkel

Polska polityka niemiecka i unijna za chwilę musi obyć się już bez dyżurnej „złej” Merkel. 

prof. Arkadiusz Stempin
Angela Merkel i Vladimir Putin malowidło uliczne, Alexanderplatz, Berlin, foto: Meunierd | Dreamstime.com

Tym razem Niemcy i Polacy przemówili jednym głosem. A dokładnie, unisono wystąpili rządzący w Warszawie i partia Zielonych w Niemczech. Merkel „łamie wszelkie zasady UE, samodzielnie rozmawiając z Mińskiem i Moskwą. Jej zachowanie przypomina najgorsze momenty historii, gdy traktowano kraje Europy Środkowej jako obiekty politycznego handlu”, wyjaśniła w korepetycjach z historii Beata Szydło. Nad Renem mózg polityki zagranicznej w partii Zielonych  Omid Nouripour. rozmowę Merkel z Łukaszenką określił „złowieszczym sygnałem”, skoro po raz pierwszy od sfałszowanych wyborów prezydenckich na Białorusi przedstawiciel UE kontaktował się z nieuznawanym za prezydenta kraju politykiem. Oprócz zarzutu dowartościowania dyktatora, podejrzenia celowały w zgodę Merkel na przyjęcie 2 tysięcy marznących uchodźców znad granicy do niemieckiego raju kanclerzycy. Puścił je w obieg Łukaszenka, by Europejczyków poróżnić ze sobą. Brukselska centrala szybko zapewniła solidarność z Polską, minister rządu Merkel Horst Seehofer  zjawił się w Warszawie i zdementował pogłoski o „korytarzu humanitarnym” do Monachium, a sama kanclerz na spotkaniu z premierem Morawieckim w Berlinie potwierdziła, że solidaryzuje się z Polską.

Zarzut o rozgrywaniu Polską ponad jej głową jest o tyle niesłuszny, że Merkel swój telefon do Łukaszenki skonsultowała z Brukselą,  rządem w Warszawie i ze stolicami państw bałtyckich. Szczegółów rozmowy telefonicznej z premierem Morawieckim obydwie strony nie ujawniły. Choć interwencję kanclerz w Mińsku przyjęto nad Wisłą ze zmarszczonym czołem. Niweczyła bowiem monopol rządu w zarządzaniu sytuacją kryzysową na granicy z Białorusią. Polityka bezpieczeństwa i tożsamościowa należy zawsze do priorytetowej agendy, forsowanej przez każdą formację populistyczną. 

Zieloni i polski rząd zapomnieli o starej zasadzie dyplomacji: „agree to disagree”, zgadzamy się na to, że się nie zgadzamy. W ten sposób rozmawia się z reżimami, z którymi nie utrzymuje się stosunków dyplomatycznych. Merkel, na politycznym parkiecie od 1990 roku, weszła w rolę Henry Kissingera z czasu rozmów sekretarza stanu z Wietnamem Północnym czy Donalda Trumpa  z koreańskim dyktatorem Kim-Jon-Unem.

Światopoglądowym dogmatykom, perorującym o dopieszczeniu przez Merkel Łukaszenki warto przypomnieć o niebezpieczeństwach, jakie czekają na moralizującą politykę zagraniczną w konfrontacji z regułami logiki i Realpolitik. Przecież rzeczywiste dobro wystawionych do wiatru i na mróz uchodźców, groźba naruszenia polskiej i unijnej granicy czy nawet konfliktu zbrojnego wymagała kontaktu z Łukaszenką, bez uznawania de jure jako prezydenta. A ponadto szantaż, by sprowadzić do Białorusi migrantów i wysłać ich na granicę z Polską jest wręcz przestępczy. To jednak Łukaszenka jest faktycznie tym aktorem politycznym na Białorusi, który w obecnym kryzysie posiada możliwości do jego zakończenia. Przecież Merkel ma świadomość, że Unia Europejska i Stany Zjednoczone po to zdecydowały się na wprowadzenie sankcji, które mocno uderzyły w kluczowe gałęzie przemysłu białoruskiego, by ostro przeciwstawić się autorytarnym rządom. 

Kto jednak kryzysu tych rozmiarów nie próbuje wygasić przy pomocy wszystkich dostępnych środków, nie rzucając na szalę odpowiedniej elastyczności, ten pozostaje z pewnością wierny swoim przekonaniom, ale na scenie, gdzie tworzy się politykę zagraniczną, zachowuje się nieodpowiedzialnie. Także skostnienie w pozycji moralnej może stać się bowiem działaniem wysoce niemoralnym, jeśli ewokuje militarny konflikt.

W Niemczech Zieloni na początku grudnia obejmują w nowym rządzie resort spraw zagranicznych. I dobrze się stanie jeśli w turbo tempie przemyślą, na czym polega polityka zagraniczna. Jakie korzyści przynosi rozważenie alternatywnych rozwiązań, a jakie straty tkwienie przy fanatycznym moralizmie i światopoglądzie.

Polska polityka niemiecka będzie za chwilę musiała obyć się bez dyżurnej „złej” Merkel. Już przed 15 laty oskarżano ją o agenturalną działalność na rzecz bezpieki w NRD. Zapomniano przy tym w misyjnym ferworze, że jeśli zarzuty o współpracę ze Stasi nie byłyby wyssane z palca, przygwoździliby ją nimi przede wszystkim niemieccy przeciwnicy Merkel. Dokładnie w rocznicę sprowadzenia Aleksieja Nawalnego do berlińskiego szpitala Charité zjawiła się u jego oprawcy Angela Merkel. By na do widzenia i w świetle jupiterów upomnieć się o politycznego więźnia. Przed rokiem Putin zamierzał swojego największego krytyka zgodnie z KGB-owską metodą podstępnie wysłać w zaświaty.  Kanclerz wynegocjowała terapię w Berlinie. A tam lekarze ponad wszelką wątpliwość zdiagnozowali, że opozycjonista nie cierpiał na cukrzycę, ani nie zatruł się alkoholem, jak sugerowali cyniczni spindoktorzy Kremla. Został otruty paraliżującym gazem z wojskowego laboratorium. Terapia w berlińskim szpitalu uratowała mu życie. Co równie ważne, nagłośniony medialnie casus uniemożliwił Putinowi dokończenie dzieła, kiedy opozycjonista powrócił do kraju. Jego śmierć w łagrach obciążyłaby władcę Kremla, potwierdzając bandycką o nim opinię. A ten, zamierzający rządzić do 2036 r., niespecjalnie się do tego palił.  

Casus Nawalnego najlepiej ilustruje relacje niemiecko-rosyjskie, a zarazem osobiste liderów obydwu państw za kanclerstwa Merkel. Skoro pokrzyżowała szyki rosyjskiemu prezydentowi, to autokrata był wściekły, że opozycjonista przeżył. Zirytowała go także oficjalna reakcja Berlina: nałożone sankcje, zamrożone konta i zakaz podróży do krajów zachodnich dla Rosjan uwikłanych w zamach na Nawalnego. Irytujące nie dlatego, że sankcje ograniczają swobody jego ludzi od mokrej roboty, ile poprzez fakt, że oto ktoś z zewnątrz, choćby nawet kanclerz Niemiec, miesza się w wewnętrzne sprawy Rosji. I to wtedy, kiedy ta właśnie za jego prezydentury wstała z kolan i gra w politycznej Lidze Mistrzów powyżej swoich możliwości. A jednak w przypadku Nawalnego Merkel nie sięgnęła po broń atomową, którą Putina mogła trafić jeszcze bardziej. Nie porzuciła budowy Nord Stream 2, choć tak sugerował Parlament Europejski.

Ta ambiwalencja modelowo oddaje rosyjską politykę Merkel. Od początku wiedziała, z kim ma do czynienia. Jeszcze nie była kanclerzem, kiedy w 2002 r. jako lider opozycji odwiedziła Moskwę. Putin, od dwóch lat w prezydenckim fotelu, zmierzył ją śmiertelnym spojrzeniem. Takim, jakie w swojej naturze mają ludzie ze służb specjalnych, z podobną podejrzliwością wpatrując się w puszkę coca coli. Merkel piorunujący wzrok wytrzymała. Rosjanin ponowił próbę, kiedy już jako kanclerz złożyła mu pierwszą wizytę. Postanowił  żółtodzioba na dyplomatycznym parkiecie przymusić do zaakceptowania swoich politycznych wizji, a jako kobietę złamać emocjonalnie. Jej zainteresowanie deficytem demokracji w Rosji przy podanych na deser truskawkach wzbudziło u niego pomruk gniewu. Do pouczania, zwłaszcza przez kobietę, nie był przyzwyczajony. Jeszcze bardziej zmierziło go przyjęcie w niemieckiej ambasadzie, na które kanclerz zaprosiła przedstawicieli organizacji działających na rzecz praw człowieka. Przeciwstawiła się również rosyjskiemu rozwiązaniu konfliktu w Czeczenii, proponując włączenie do negocjacji Unii Europejskiej. Putin zorientował się, że ma do czynienia z niezależnym politykiem. By ją upokorzyć i zademonstrować swoją siłę, podarował jej pluszowego pieska, jakie w dziewczęcych pokojach kolekcjonują nastolatki. Ona prezent przyjęła. I pozostawiła na krześle.

To dlatego przy kolejnym spotkaniu na Krymie pod koniec konferencji prasowej na oczach licznych dziennikarzy wpuścił do salonu swojego czarnego labradora. Suka Koni podeszła do fotela kanclerz, obwąchała ją i położyła się u jej stóp. Merkel była jak sparaliżowana. Jako nastolatka została pogryziona przez wyżła i od tej pory boi się psów, o czym dobrze wiedziały rosyjskie służby specjalne. Putin sycił się tym widokiem, siedział w fotelu z wyciągniętymi nogami, choć jego gość szybko odzyskał kontenans.

Po tych trzech incydentach Merkel rozgryzła Putina. Odmiennie niż perorują niektórzy polscy spece od Merkel, 35 lat życia w państwie Stasi nie uczyniło jej uległą wobec Rosji, raczej wyostrzyło w niej czujność. Tak jak polski rodowód ojca nie wpłynął na jej politykę wobec Warszawy, tak i afirmacja dla rosyjskiej kultury i podziw jej przyrody nie zabarwiły stosunku do autokratycznego państwa Putina.  Skoro ten wszędzie obsesyjnie dopatrywał się podwójnego dna, jej relacja z prezydentem przybrała postać związku bez zaufania. W związkach małżeńskich takie problemy obie strony rozwiązują u psychoterapeuty. Merkel i Putin przenieśli je do polityki. Choć nie tylko. W politycznym Berlinie i w zachodnich stolicach do dziś krążą opowieści, jak w kameralnym gronie kanclerz wiernie naśladowała gesty i miny Rosjanina, żartowała z typu macho, chętnie pozującego do zdjęć z obnażonym torsem, z tygrysem, czy delfinem. Uderzała w czuły punkt – obsesję na punkcie wizerunku witalnego Achillesa. Rozpoznała, że za pozorami atlety Putin skrywa obawy przed brakiem wzbudzania respektu w inny sposób. Strach przed własnym niedołęstwem zabija ascetycznym trybem życia i ostrymi ćwiczeniami: na śniadanie twarożek, omlet i trening w basenie. Potem seria pompek plus prysznic pod gorącą i lodowatą wodą. W tygodniu judo i hokej z ochroniarzami. Niekiedy jazda konna. Kiedy nie wystarczyły sport i dieta, w sukurs przyszła chirurgia kosmetyczna. W 2010 roku rządca Kremla zrobił lifting twarzy, pozbywając się ciemnych worków pod oczami. Ślady po zabiegu kremlowskie tam-tamy objaśniły prześwietleniem studyjnymi lampami telewizyjnymi.

Analogicznemu kuglarstwu w polityce, ulubionej dyscyplinie Putina, Merkel zdecydowanie się sprzeciwiała. Odmiennie do poprzedników, Kohla i Schrödera, polityki rosyjskiej nie uprawiała w saunie. Publicznie upominała się o prawa człowieka w Rosji, broniła demokracji liberalnej. Mało kto pamięta, że w okresie ukraińskiego Majdanu jako pierwsza zaprosiła grupę ich liderów do Niemiec, w tym byłego boksera Władimira Kliczkę, na turbo-warsztaty w zakresie przyswojenia sobie reguł demokracji i tajników politycznej kuchni. Z kolei po aneksji Krymu i zastrzeleniu samolotu forsowała nałożenie sankcji, i jeszcze bardziej ich utrzymanie. Choć przeciwko sobie miała prorosyjskie lobby w londyńskim City, unijnych stolicach: Budapeszcie, Rzymie i Atenach, a u siebie w domu, w kręgach biznesu, socjaldemokratów i w osobach niektórych chadeków. W społeczeństwie niemieckim prorosyjskie sympatie dopiero erodowały. Latem 2014 r. Berlin pęczniał jeszcze od rosyjskich wycieczek szkolnych, podczas gdy miesięcznym repertuarem Rosyjskiego Domu Kultury w niemieckiej stolicy można by na lata obdzielić programy placówek kulturalnych w całej Polsce. 

W zachowaniu jedności Unii Europejskiej upatrywała najlepszego remedium na jej destabilizację, sterowaną z Kremla rękami europejskich populistów. Dlatego sprzeciwiała się wyrzuceniu Grecji ze strefy euro, pomysłowi prezydenta Macrona utworzenia unijnego jądra, które resztę Wspólnoty zepchnęłoby na peryferia, zrezygnowała z rozbijającej Unię relokacji uchodźców, zaryglowała porozumieniem z Erdoganem bałkański szlak nielegalnej migracji do Europy. W poczuciu odpowiedzialności za Europę, jakie zrodziło się w niej po aneksji Krymu, przejęła od Obamy agendę rosyjską i wynegocjowała porozumienia mińskie. Zamroziła konflikt, skoro Zachód nie palił się do otwartego starcia z Rosją.  

Dlatego właśnie wolała Putina trzymać przy stole rokowań, jeśli - jak dowodzi historia – nawet po największych konfliktach obydwie strony i tak do niego zasiadają. 27 spotkań, w tym większość w cztery oczy, 19 razy w Moskwie, 67 rozmów telefonicznych, jak wyliczyli skrupulatnie niemieccy pedanci, dowodzą cierpliwości Merkel i stalowych nerwów. Oraz politycznej ślepoty?

Ferowanie takich sądów by jej dowodziło.

Dokończeniem budowy Nord Stream 2, decyzją ambiwalentną, tak zresztą jak wycofanie wojsk natowskich z Afganistanu, bo zakładającą koszty własne, zapobiegała Merkel odejściu Putina od stołu. A jego nieobecność przekreśliłaby uśmierzenie ognisk światowych konfliktów na Ukrainie, w Libii, czy Bliskim Wschodzie, uniemożliwiła wspólną walkę z terroryzmem i o ochronę klimatu. Zapoczątkowałaby nowy wyścig zbrojeń. I wreszcie wepchnęła Putina w ramiona Xi Jinpinga, zwiastując powstanie wrogiej Zachodowi osi Pekin-Moskwa. Przed czym się rosyjski prezydent jako junior-partner wzdraga. I pozostaje osamotniony, po tym jak zawaliła się mu inna oś: Teheran-Moskwa-Ankara.

Zostawia Merkel swojemu następcy w Berlinie i Macronowi, który przejmie po niej unijną agendę, jedynie zamrożony, bo nie rozwiązany konflikt na Ukrainie, drugi na Białorusi, oraz obowiązek upominania się o wolność dla Nawalnego - bardziej niż symbolu dla wolnego w przyszłości społeczeństwa rosyjskiego. A po drugiej stronie wzmocnionego za jej kanclerstwa Putina. Tylko w oczach twardogłowych dogmatyków efekt końcowy jej 16-letniej rosyjskiej polityki. Nierozumiejących meandrów światowej gry politycznej, odległej od zero-jednynkowych rozwiązań.


Przeczytaj też:

Wybory do Dumy. Zwycięstwo Putina czy sukces opozycji?

W wyreżyserowanym spektaklu wyborczym bezapelacyjne zwycięstwo odniosła partia władzy - Jedna Rosja. Zgodnie z kremlowskim scenariuszem w parodii głosowania nie wzięła udziału opozycja. Czyżby? Jeśli bliżej przyjrzeć się wynikom i zestawić rezultat z politycznymi realiami, głównym wygranym jest s...

Nie drażnić Rosji, czyli samotność Ukrainy

W cieniu imigracyjnego kryzysu na polskiej granicy rozgrywa się dramat. Od września Kijów samotnie odpiera hybrydowe ataki Moskwy, mające na celu ostateczne załamanie ukraińskiej państwowości. Takie są skutki zachodniej polityki niedrażnienia Putina, czyli blokady akcesu Kijowa do UE i NATO. Tymc...

Przegrywamy wojnę informacyjną

Mateusz Morawiecki nie sprawdził się jako premier zarządzania kryzysowego. Polska przegrywa wojnę informacyjną z Białorusią, nie tylko na Zachodzie, ale także na Wschodzie. Rząd nie jest jedynym winnym, bo sposób reagowania na warunki nadzwyczajne pogrąża także opozycję.


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę