Wolny rynek

Wolny rynek nie jest taki zły jak go malują

Wolny rynek jest jednym z najgorszych rozwiązań społecznych, jakie można sobie wyobrazić. Wszyscy, a przynajmniej wszyscy na lewicy, to wiedzą, zatem to prawda. Wolny rynek niszczy i rozbija rodziny, unicestwia tradycje społeczne, wpędza całe społeczeństwa w nędzę i głód, prowadzi do tyranii i psują się od niego zęby.

 |  Marcin Adamczyk
Foto: H_Ko/Adobe Stock

Za jeden z wielu złych skutków istnienia wolnego rynku lewica uważa powstawanie monopoli. Wolny rynek nieuchronnie prowadzi do kartelizacji gospodarki i kreuje wszechmocne monopole. Dzieje się tak ponieważ…, no wszyscy przecież wiedzą że tak jest, zatem nie ma co drążyć tematu. Wolny rynek nieuchronnie prowadzi do monopolu. Tak jest i już.

Nie, żeby socjaliści mieli coś przeciwko monopolom jako takim. W końcu gospodarka socjalistyczna właśnie na monopolach się opiera. W lewicowym obrazie świata są więc monopole słuszne i monopole niesłuszne. Te pierwsze to monopole państwowe, lub przynajmniej w wysokim stopniu przez aparat państwowy kontrolowane. Powstają i rozkwitają w cieplarnianych warunkach postępowej gospodarki socjalistycznej. Te drugie to monopole prywatne. Są one złe, ponieważ przynosząc swoim właścicielom zyski, są tym samym, jak sam źródłosłów wskazuje, źródłem wyzysku. Monopole państwowe nikogo nie wyzyskują, ponieważ, logicznie, żadnego zysku nie wypracowują, a wręcz często są deficytowe.

Ponieważ od lewicy w żaden sposób nie można się dowiedzieć, w jaki konkretnie sposób nie socjalistyczny, ale normalny, wolnorynkowy, praworządny, ustrój gospodarczy ma prowadzić i to w nieuchronny sposób, do wytworzenia monopoli, musimy zbadać rzecz samodzielnie. W tym celu użyjemy narzędzia zwanego analizą NPV, od angielskiego skrótu Net Present Value. Metoda ta, bazuje na obserwacji, że wartość kapitału zmienia się w czasie, którego to zjawiska nie należy jednak mylić z inflacją, wzrostem podaży pieniądza. Nawet w warunkach zerowej inflacji, każdy z nas wolałby zarobić sto złotych raczej wcześniej, niż później, a wydawać odwrotnie. Ktoś, kto miał jakiekolwiek kontakty z dzieckiem w wieku przedszkolnym, doskonale orientuje się, że negocjowanie z nim, aby zamiast jednego cukierka dzisiaj, dostało dwa cukierki jutro, nie ma żadnego sensu. Dzisiejszy cukierek jest dla niego cenniejszy niż choćby i sto takich samych (zerowa inflacja) cukierków za tydzień.

Tempo utraty wartości kapitału wskutek tej preferencji czasowej mierzy się tzw. stopą dyskonta, którą dla naszych celów możemy utożsamić ze średnią stopą procentową w gospodarce. Analiza NPV polega na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu do obecnej wartości pieniądza, wszystkich przewidywanych w przyszłości wpływów i wydatków, tzw. CashFlow – CF, a następnie zsumowanie ich. Suma ta, zwana właśnie NPV, określa, na podstawie przewidywanych przyszłych przepływów finansowych, teraźniejszą wartość danego przedsiębiorstwa. Jeżeli dane przedsięwzięcie przynosi, po odliczeniu wszystkich możliwych kosztów, a złotych zysku rocznie, a przewidywany czas istnienia przedsiębiorstwa wynosi T, to, po dokonaniu tych operacji matematycznych, można się przekonać że jego NPV równa się

Gdzie r to stopa dyskonta. Taki wynik przynosi firma, nazwijmy ją X, która na danym rynku jest od dawna obecna i ma na nim ustabilizowaną pozycję. Inaczej wygląda to w przypadku firmy Y, która dopiero wejście na dany rynek planuje. Musi ona dodatkowo poczynić jakieś inwestycje początkowe, czyli ponieść koszty wejścia, w wysokości K. Jej wynik finansowy będzie przez to gorszy i będzie musiała ona osiągnąć większe średnioroczne zyski b>a, żeby dogonić firmę X. Firma wchodząca na rynek musi być więc w jakimś stopniu lepsza, od firm już na rynku działających, jeżeli takie wejście ma być udane. Musi być, albo lepiej zarządzana, albo dysponować jakimiś nowymi rozwiązaniami technologicznymi.

Jeżeli jednak koszty K będą odpowiednio wysokie, firma Y, ani żadna inna, na ten rynek nie wejdzie. W ten sposób firma X zostaje, ku zgrozie i satysfakcji lewicy, monopolistą na rynku.

Szkodliwość monopolu polega nie - jak twierdzi lewica - na samym tylko osiąganiu zysku, ale na tym, że przedsiębiorstwo pozbawione konkurencji pobiera tzw. rentę monopolisty, czyli albo zawyża ceny swoich usług powyżej poziomu jakie by one miały, gdyby monopolu nie było, albo obniża ich jakość, a najczęściej jedno i drugie w jakiejś proporcji. Owa renta monopolisty obciąża nabywców i obniża efektywność gospodarki jako całości. Porównując do siebie dwa wyniki NPV firm X i Y możemy obliczyć maksymalną możliwą wielkość owej renty monopolisty. Maksymalną, przy założeniu stałego, idealnie nieelastycznego popytu. W rzeczywistości oczywiście, w miarę podnoszenia cen i pogorszania jakości przez monopolistę, popyt na jego usługi spada i faktyczna renta jest niższa od tej maksymalnej wartości, wynoszącej rocznie:

Jak widać, zależy ona od trzech parametrów. Bariery wejścia K, stopy dyskonta r oraz przewidywanej długości trwania biznesu T. Na poniższym wykresie zaprezentowano rentę monopolisty jako odsetek wysokości K dla różnych czasów T i stóp procentowych r.

 

Długość czasu T odzwierciedla w pewnym sensie jakość prawnego i instytucjonalnego otoczenia biznesu. Im prawo jest bardziej stabilne, proste i przewidywalne, sądy sprawne, niezawisłe i kompetentne, a własność prywatna lepiej w danym państwie chroniona, tym T jest dłuższe, docelowo dążąc do nieskończoności dla najbardziej praworządnych i cywilizowanych krajów. Im kraj zaś bardziej dziki, skorumpowany, socjalistyczny i źle rządzony, tym bardziej biznes musi się liczyć z przeróżnymi akcjami „unaradawiania”, „rozkułaczania” i innymi nieprzyjemnymi niespodziankami ze strony władzy i tym bardziej obciążony jest on rentą korupcyjną uiszczaną do kieszeni reprezentantów ludu/narodu. W takich warunkach optymalizacja zysków będzie zachodzić nie w nieskończoności, ale w znacznie krótszych przedziałach czasowych. W warunkach praworządnych, wolnorynkowych jednak, kiedy T dąży do nieskończoności, renta monopolisty upraszcza się do iloczynu K*r. 

Sytuacja ekonomiczna jednak nie jest bynajmniej w dłuższych przedziałach czasowych stała. W kraju cywilizowanym, choćby nawet i początkowo biednym, następuje przecież szybki wzrost gospodarczy, co skutkuje akumulacją kapitału. Cena kapitału stopniowo maleje i stopy procentowe spadają, docelowo w okolice zera, co obecnie się obserwuje w najbogatszych i najbardziej rozwiniętych krajach świata. Konsekwentnie maleje i renta monopolisty, docelowo również do zera, zupełnie niezależnie od wysokości bariery wejścia K. Wniosek jest więc oczywisty. W ekonomii wolnorynkowej, czyli w warunkach długiego T, gospodarczy monopol może i czasem samorzutnie powstać, ale nigdy nie może on stabilnie istnieć! Wcześniej czy później, malejąca stopa procentowa obali barierę wejścia, o ile jeszcze wcześniej, zwabiona ponadprzeciętnymi, monopolistycznymi, zyskami w tej branży konkurencja nie obniży K w inny sposób, np. za pomocą nowatorskiej technologii, albo lepszej organizacji. Jedynym czynnikiem, który jest w stanie zagwarantować dalsze istnienie monopolu są zatem tylko i wyłącznie regulacje rządowe, które mogą zrekompensować spadek r podnoszeniem bariery wejścia K. W warunkach wolnorynkowych monopole mogą więc istnieć wyłącznie dzięki interwencji państwa.

Po co jednak państwo, a już zwłaszcza państwo wolnorynkowe, miałoby tworzyć i podtrzymywać monopole? W podręcznikach ekonomii, nawet, tak poza tym, obiektywnych i świetnie napisanych, jak „Ekonomia” Nordhausa i Samuelsona, często przytaczany jest następujący argument. Jeżeli normalne zyski z jakiegoś biznesu są zbyt małe, aby jakaś firma zechciała się po nie schylić, a równocześnie dana działalność zostałaby przez władzę uznana za społecznie użyteczną, jak przykładowo organizacja transportu zbiorowego na słabo zaludnionych terenach, państwo może ustanowić lokalny monopol na te usługi, zwiększając tym samym zyski monopolisty do poziomu w którym zdecyduje się on na podjęcie danego działania. Argumentacja ta nie trzyma się jednak przysłowiowej kupy. Skoro potencjalni klienci nie chcą płacić za usługę wystarczająco wysokiej ceny, aby dana działalność biznesowa się opłacała, to znaczy że owa usługa nie jest im tak naprawdę potrzebna i płacić zawyżonej o rentę monopolisty ceny nie będą oni chcieli płacić tym bardziej.

Zadaniem państwa nie jest więc tworzenie i konserwacja monopoli, ale raczej przeciwnie, utrudnianie im funkcjonowania poprzez obniżanie bariery wejścia K w tych sektorach gospodarki, gdzie ona się pojawi, poprzez np. zwalnianie nowych graczy na danym rynku czasowo z podatków.

Tak jest w przypadku państw praworządnych, wolnorynkowych, cywilizowanych i zamożnych. Ale nie tylko takie państwa są na świecie. W kraju zaś dzikim, zacofanym, skorumpowanym i socjalistycznym, przewidywalność prowadzenia biznesu jest słaba, a średnia długość T, jak już wspomniano, jest o wiele od nieskończoności krótsza. Rezultat jest widoczny na naszym wykresie. Im gorzej rządzony jest dany kraj, tym krótszy jest przewidywany czas T i tym wyższa jest renta monopolisty. Różnica jest tym większa, im niższe są stopy procentowe. W dzikich, kleptokratycznych dyktaturach monopolizacja gospodarki, wraz z pojawieniem się ich właścicieli - wąskiej klasy zespolonych z władzą oligarchów - jest praktycznie pewna. Kraje takie, dopóki są biedne, czyli dopóki mają wysoką stopę zwrotu z kapitału – r, mogą się zresztą rozwijać chwilowo nawet szybciej niż kraje praworządne, wolnorynkowe. Ale w miarę akumulacji kapitału i spadku stóp procentowych, różnice w jakości rządzenia, czyli w długości czasu T, stają się coraz wyraźniejsze i kraje socjalistyczne zatrzymują się w rozwoju, wpadając w tzw. pułapkę średniego dochodu, podczas gdy kraje wolnorynkowe przy niskich stopach r nadal się rozwijają, choć oczywiście wolniej.

Mechanizmem, który zatem uniemożliwia trwałe, samoistne istnienie monopolu w ustroju wolnorynkowym, jest stopniowa akumulacja kapitału i spowodowany przez nią spadek stóp procentowych r. Tylko ingerencja państwa sztucznie podwyższająca barierę wejścia K może wtedy utrzymać monopol na dłużej. A gdyby tak jednak do takiej akumulacji kapitału nie doszło?

Dominacja kapitału jako głównego środka produkcji jest przecież bowiem w historii zjawiskiem stosunkowo nowym i jest ściśle powiązana z rozpoczętą na Zachodzie, a dokładnie w Anglii, około roku 1800, tzw. rewolucją przemysłową. Przed tą datą na całym świecie panowała gospodarka feudalna, zwana też od nazwiska ekonomisty, który pierwszy ją prawidłowo opisał, maltuzjańską. Głównym środkiem produkcji była wtedy ziemia. Ziemia rolna, ale także np. kopaliny i bogactwa naturalne. Kapitał był na tyle drogi, a działalność niezwiązana bezpośrednio z rolnictwem czy górnictwem, jak handel, na tyle ryzykowna, że reinwestowanie zysków i akumulacja kapitału były nieopłacalne. Nawet jak ktoś się dorobił na działalności nierolniczej, to i tak najczęściej, zamiast rozwijać działalność produkcyjną czy usługową, wolał nabywać kolejne posiadłości ziemskie. Gospodarka tego preindustrialnego typu ma wiele cech, z dzisiejszego, kapitalistycznego punktu widzenia, kompletnie absurdalnych. Przykładowo, średni poziom dobrobytu, mierzony PKB per capita, nie zależy w ogóle od poziomu produkcji czy używanych w gospodarce technologii, co nazywane jest właśnie pułapką maltuzjańską.  W starożytnym Egipcie średni poziom dobrobytu był niemal taki sam jak w XVIII wiecznej Anglii, a życie warstw ubogich, obejmujących ponad 90% ówczesnego społeczeństwa, nie zmieniało się przez kolejne tysiąclecia prawie wcale. Poziom dobrobytu w społeczeństwie maltuzjańskim zależy za to odwrotnie proporcjonalnie od średniej długości życia mieszkańców. Im w takim społeczeństwie jest wyższy poziom przemocy, a niższy higieny i medycyny, tym średni dobrobyt jest …wyższy.

W gospodarce maltuzjańskiej również, wobec praktycznego braku akumulacji, stopy procentowe są wysokie i w miarę stabilne. W konsekwencji monopole nie odczuwają presji na obniżanie renty monopolistycznej i trzymają się mocno. Rzemieślnicy grupują się w monopolistyczne cechy. Kupcy działają w ramach monopolistycznych gildii. Na oceanach dominują przeróżne monopolistyczne kompanie wschodnio czy zachodnio-indyjskie. W feudalizmie, świecie drogiego kapitału, monopole, w tym również tzw. monopole naturalne, są właśnie normą. Bez trudu można sobie wyobrazić, że wszystkie trzy kopalnie cyny w okolicy są własnością jednego podmiotu – monopolisty. W gospodarce kapitalistycznej, podobny monopol na rynku fabryk zegarków czy, tym bardziej, usług fryzjerskich, nie byłby możliwy.

Twierdzenie więc o nieuchronności powstawania monopoli jest zatem prawdziwe, ale wcale nie w warunkach wolnorynkowych, tylko przeciwnie. Albo w krajach źle rządzonych, o krótkim T, albo w gospodarce feudalnej, preindustrialnej, maltuzjańskiej. Do tej pierwszej kategorii należą np. Rosja, Białoruś, czy Chiny. Do tej drugiej w dzisiejszych czasach już tylko niektóre kraje afrykańskie, Kuba, czy Wenezuela. Nieprzypadkowo wymienione kraje, faktycznie mające wysoki stopień „monopolizacji” wytyczają zwykle horyzonty geograficzne tak chętnie krytykujących wolny rynek za „powstawanie monopoli”, socjalistów.


Przeczytaj też:

Neandertalskie myślenie

To przykład neandertalskiego myślenia – w ten sposób prezydent Joe Biden skomentował na początku marca znoszenie restrykcji pandemicznych w Teksasie.

Pandemiczna finansowa solidarność

Jak zdobyć pieniądze na wyjście z kryzysu finansów państwa po covidowym paraliżu? Najlepiej obciążyć tych, którzy na tym najwięcej zyskali.


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę