Nie kupuj – adoptuj

Za kratkami 

Czyli opowiadanie o pieskach, w czasach gdy wiadomości huczą o zgonach, wirusach i wojnie.  

Gaja Hajdarowicz
Foto: Irina Zhur | Pexels

Od przekroczenia bramki zewsząd słychać głośne, niosące się echem ujadanie dziesiątek psów. Głosy odbijają się od siebie i powielają, tworząc uderzającą falę dźwięku, która za pierwszym razem trochę przytłacza, kiedy przechodzę dalej. Szczekają, bo ktoś wszedł, bo zaszczekał pies z boksu obok, bo zresztą, co mają robić? Wchodzący ludzie wywołują przynajmniej jakieś poruszenie, jakąś ekscytację, w świecie zamkniętym za kratami. Pierwszy boks zajmuje Cywil; to spory, pięcioletni pies, z całkiem czarną sierścią i jasnymi, żółtymi oczami. Ma smukłą lecz silną posturę, skacze przednimi łapami na kratę i szczeka tym zacieklej, im bliżej się do niego podejdzie. Z tyłu boksu widać budę wyłożoną sianem i koc, z przodu miskę na wodę i jedzenie. Stoję tak przez chwilę, czekając aż się przyzwyczai, on jednak nie zamierza przestać szczekać. Nie ufa obcym. Spędził tu już długi czas; jest głośny, nie merda ogonem przy pierwszym spotkaniu, nie zachęca do przygarnięcia do domu. Na kratce widnieje karteczka, mówiąca jak bardzo zyskuje po bliższym poznaniu, że lubi się przytulać, że uwielbia spacery. Ale przy takim głośnym powitaniu, nie każdy przeczyta co jest napisane na karteczce. 


Cywil. Foto: archiwum autora

W następnym boksie jest Hermes; też szczeka podjudzony nagłym rozbudzeniem sąsiadów. Podchodzi do kratki, ucisza się, patrzy się na mnie z przekręconą główką. Uszy ma oklapnięte z przodu, wygląda jak kłapouszek. Sierść ma czarną z beżowymi przebłyskami na uszach, łapkach, przy brzuszku i na mordce. Patrzy na świat przyjaznymi oczyma. Jest już starszym pieskiem, chociaż nie widać tego po jego energicznym zachowaniu. Większość życia spędził na łańcuchu, robiąc kółka na jego długości, a potem trafił tutaj, do prostokątnego kojca. Ludzi uwielbia, inne psy; niekoniecznie. Chętnie podejdzie po smaczka, jeszcze chętniej, widząc wolontariusza ze smyczą w ręce; to jest dopiero radość! 


Hermes. Foto: archiwum autora

Kolejny jest Santos. Santos tylko poszczekuje, nie jest zbyt głośny, chociaż największy z całej trójki. Ma rudą sierść, długie łapy i aż nienaturalnie duże uszy, które zginają się i opadają do przodu, dając mu niewinny, słodki wygląd. Jest delikatny, niepewny siebie, jak gdyby nie wierzył swojej wielkości i dalej był zagubionym szczeniakiem, za małym na wielki, pełen niebezpieczeństw i nieznanego świat. Podchodzi do mnie powoli, lekko wysuwając główkę, żeby wziąć ode mnie smaczka, potem szybko cofa się na bezpieczniejszą odległość. Tak jak każdy, ma swoje legowisko, budę i miski. Tak jak każdy, ma swoją historię. Prawie ten sam boks, te same kraty. Tą samą samotność, tą samą potrzebę miłości, uwagi, opieki. Tak jak każdy, nieświadomie czeka na zmianę swojego losu i na swojego człowieka, który pewnego dnia wejdzie przez tą samą bramę, poczuje się przytłoczony ujadaniem wielu psów, zobaczy je w ich boksach i  podejdzie do niego, zabrać go do domu, w którym Santos nie będzie się już bać. W którym Hermes dostanie więcej niż łańcuch czy prostokątny boks i w którym Cywil nie będzie głośno szczekał zza krat, tylko przytulał się do ludzi którym zaufał. 


Santos. Foto: archiwum autora

Mam na sobie zieloną kamizelkę. Jesteśmy na zimowej łące, na której panuje beżowy koloryt, niebo oświetla świat promieniami słońca. Hermes drepta wesoło obok mnie, podekscytowany ciągnąc do przodu. Rozbiega się na kilkumetrowej lince swoim psim galopem, uszka skaczą mu do góry i w dół. Z szerokim uśmiechem przybiega po smaczka i szczęśliwy skacze do góry, próbując dosięgnąć mojej ręki. Ruszamy razem, biegiem, ścieżką do przodu. W końcu czuje wiatr i pęd w łapach. Spacer to najszczęśliwszy moment dla większości psów, chociaż niektóre muszą się najpierw przyzwyczaić, przezwyciężyć strach i niepewność. Przechodzimy dookoła pola, kiedy nagle Hermes widzi zbliżającego się do nas Rica, który także wyszedł na spacer. Zaczyna się rozpędzać w jego stronę, a ja widzę w ciągu ułamków sekundy rozwijającą się linkę, która owinęła się już wokół moich nóg. “Hermes…” mówię bardziej do siebie, niż do niego, bo już za późno, żeby wyplątać się ze smyczy, albo żeby się zatrzymał. Linka nagle napręża się, w szybkim zrywie zacieśnia się na moich nogach i wyszarpuje moją rękę do przodu. Dłoń prawie wylatuje z nadgarstka, nadgarstek z ręki, a ręka z ramienia, pod wpływem szarpnięcia uwiązane nogi, nie mogąc utrzymać równowagi, sprawiają, że spadam w dół, na trawę. Dwójka mężczyzn w pomarańczowych skafandrach patrzy na mnie z zaciekawieniem. Zbierają śmieci rozwiane przez ostatnie wiatry z wysypiska, które sąsiaduje z naszą oazą łąki. Siedzę na ziemi zaplątana w smycz, trzymając jej początek w ręce i oglądając drugi koniec, biegający kółkami dookoła mnie. 

Pierwszy spacer z Cywilem. Nie jest mną zainteresowany, energicznie ciągnie do przodu, w stronę łąki. “Cywil…? Nie zjesz mnie, prawda?”, pytam. “Fajnie by było, gdybyś mnie jednak nie zjadł, mogłabym cię wtedy jeszcze zabrać na dużo spacerków… A jak mnie zjesz, to zjedzona cię nie zabiorę. Szkoda by było”. Cywil dalej wydaje się być niewzruszony moją obecnością i beztrosko drepta do przodu, obwąchując kępki trawy po drodze. Kiedy się zatrzymuje, z gracją, delikatnie, podnosi przednią łapkę do góry. Widać jego czarne, miękkie opuszki. Już nie szczeka, porusza się cicho, przestaje ciągnąć, całe jego narwanie z boksu wydaje się zanikać. Idziemy dalej przed siebie, na pierwszy z wielu, jak się później okazuje, spacerów. Idę z pewnym dystansem, oddalona na długość smyczy, bo powiedziano mi, żeby go nie głaskać, zanim mnie lepiej nie pozna. Jeszcze będziemy leżeć razem na tej łące, biegać za patykami, a ja będę przychodzić do niego w dni, w które miałam nie mieć czasu, żeby tylko wziąć go na spacer, ale najpierw musi się narodzić taka piękna rzecz, zaufanie. 


Cywil na spacerze. Foto: archiwum autora

Santos, wpierw szczęśliwy z perspektywy spaceru, skacze w kierunku wyjścia podpięty do smyczy. Dopiero co się poznaliśmy i słyszę od kierowniczki, że z obcymi często dochodzi do furtki, po czym robi w tył zwrot, ciągnąc z powrotem do kojca. Dalej nie pójdzie. Pełni nadziei zbliżamy się do bramki… pociągam za klamkę i ze zgrzytem otwierają się drzwiczki, przechodzimy razem na drugą stronę. Idę przed siebie, Santos idzie za mną. Udaje nam się przejść kilkadziesiąt metrów w stronę łąki, po czym nagle ten duży, rudy piesek staje jak wryty w ziemię. Rozgląda się i patrzy na mnie, jak gdyby teraz orientując się że wyszedł poza teren z nieznajomym. Z wielkimi przestraszonymi oczętami zaczyna się cofać. Próbuję go uspokoić, podchodząc do niego i przekonując, że wszystko jest dobrze, ale cofa się coraz bardziej, próbując wydostać się z zapięcia smyczy i uciec z powrotem do boksu. Zawracamy. Udało nam się dojść aż tutaj, nawet jeśli zaraz obok, to dla nas, na ten moment, to bardzo daleko. Mówię mu, że następnym razem może pójdziemy chociaż kilka kroków dalej. Jeszcze będziemy mogli się poznać, może przestanie się bać i odważy wyjść ze mną sam na łąkę. 

Cywil, Hermes i Santos. To były pierwsze trzy psy w boksach najbliższych od wejścia do biura, które poznałam w pierwszych dniach wolontariatu. Teraz za każdym razem podchodzę najpierw do Cywila, który skacze na kratki widząc mnie z daleka. Już nie szczeka. Merda ogonem i piszczy, żebyśmy poszli na spacer. Wkładam ręce przez kratki i liże mnie po palcach, nadstawiając się do głaskania. Moje głupie, przywiązujące się serduszko sprawia, że wyjeżdżając myślę o powrocie i wspólnych spacerach. Ten z początku nieufny piesek, którego nie mogłam głaskać, wraz ze zdobytym zaufaniem zdobył moje serce. Głośny szczekacz przemienił się w jedno z najukochańszych stworzeń, jakie napotkałam, skacząc na mnie z radością, siłując się o każdy nowo znaleziony po drodze patyk, biegając, zajadając smaczki i siadając koło mnie, kiedy chciałam odpocząć pod drzewem. – Ludzie, którzy cię kiedyś przygarną, będą mieli prawdziwy skarb, wiesz?  – powiedziałam, patrząc się w jego rozumne, jasno-żółte oczy, za którymi merdał wesoło psi ogon. Hermesik od początku był przyjazny i wesoły, zwłaszcza kiedy mógł biegać. To świetny towarzysz, taki pies. Niezłomny w tej swojej chęci do wyjścia, do życia, po tylu latach na łańcuchu. Energiczny i silny, chociaż zbliżają się do niego już stare lata. A Santos od nas odszedł. Nie poszliśmy, ani nie pójdziemy już na kolejny spacer. Pomimo moich słów i obietnic nie wyszliśmy dalej, niż te kilkadziesiąt metrów za furtkę. Nigdy się bliżej nie poznaliśmy, nie przestałam być obcym człowiekiem, nie dowiedziałam się, jakie serce kryje się za dużymi, przestraszonymi oczami. Pewnego dnia przechodziłam obok jego boksu, który był już pusty. Coś we mnie wiedziało, że nie trafił do domu. Nie pojawił się ani na następny dzień, ani kolejny. W końcu zapytałam kogoś, czy Santosa już nie ma. Odpowiedział, że dostał wylewu. Coś się we mnie złamało, myśląc, że umarł za tymi kratkami. I chociaż ludzie, którzy go otaczali, próbowali mu stworzyć najlepszy dom, nie miał na koniec własnej rodziny, przy której mógłby odejść. Nie miał własnego ogródka, codziennych spacerów, bezpiecznego miejsca, w którym mógłby przestać tak bać się świata. 

Z czasem coraz lepiej poznawałam inne psy, ich charaktery, a każdy był inny i wyjątkowy. I jeśli miałabym życzenie do świata, to chciałabym, żeby każdy z nich mógł znaleźć swój dom, swoje schronienie, swoich kochających i dobrych ludzi, którzy obrócili by im los i podarowali najlepszą resztę życia, na jaką ich stać. Żeby Hermesik mógł codziennie biegać, nie zestarzał się i nie stracił swojej energii w prostokątnym boksie. Żeby ktoś zobaczył poprzez głośne szczekanie Cywila i poznał jego uśmiechniętą mordkę, gonitwy za patykami, merdający ogon. Trochę nie mieści mi się to w głowie, dlaczego tak cudowne stworzenia spotyka taki los. Niewinność zamknięta w więzieniu, a za co? Za czyjeś okrucieństwo, nieodpowiedzialność? Zaskakuje mnie, dlaczego jesteśmy takim gatunkiem, co sobie cały świat przywłaszczył, nie potrafiąc zadbać o drugie stworzenie. Nie wiem, tak naprawdę, skąd większość tutaj trafiła, co przeszła w swoim krótkim, pieskim życiu. Wiem, że zasługują na szansę i kogoś, kto je pokocha całym sobą. Nie powinny spędzać swojego życia w odsiadce za kratkami, okupując winy ludzi. Więc nie kupuj – adoptuj, żeby kolejny Cywil, Hermes czy Santos, jakiego możesz spotkać na swojej drodze, nie musiał umierać sam w schronisku. Takie to są dobre, piękne stworzenia.

Artykuł został napisany na podstawie osobistych doświadczeń w Opolskim schronisku. Cywil i Hermes nadal czekają na dom. Więcej na stronie: https://schroniskowopolu.pl


Przeczytaj też:

Inność

jak idiota pośród idiotów lunatyk z niewidzącymi oczyma nie mogąc przebudzić się z transu człowiek w kształt się rozmywa  

Włóczęga

szlajasz się tylko, szlajasz, nic się w ogóle nie poprawiasz… włóczysz się w dzień i w nocy. ty żyjesz? nie śpisz? rozgorączkowane godziny mijają cię, a ty mówisz i powtarzasz, że czas to iluzja, ze świętym spokojem ignorując wszechstronnie naglący pośpiech... ile ty masz lat? jak się nazywasz? j...

Wyścig po sukces 

Źdźbła starych, zimowych traw kołyszą się z cichym szelestem na chłodnym wietrze. Straciły już swój kolor, zmieniając krajobraz w odcienie żółtej beżobieli,  pola oschły i zamarzły w hibernacji czekając na wiosenny oddech słońca. To co zostało zasiane, leży zwinięte w nasionkach, kryjąc się ...


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Jakub „Gessler” Nowak, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę