Historia

Zapomniani bohaterowie narodowi

W polskiej tradycji za bohaterów narodowych uznaje się najczęściej wszelkiej maści męczenników i obrońców przegranej sprawy, którzy bardziej cenią sobie honor niż zdrowy rozsądek.

 |  Paweł Łepkowski
Portret Ignacego Łukasiewicza namalowany przez Andrzeja Grabowskiego w 1884r. foto: wikimedia

Od dziecka jesteśmy karmieni martyrologią narodową i kultem cierpiętników, prawdziwych lub fikcyjnych, którzy gotowi są zginąć za ojczyznę nawet wtedy, kiedy jest to bez sensu. Czcimy nawet ubarwione literacko postacie, takie jak pułkownik dragonów Jerzy Michał Wołodyjowski, jeden z  głównych bohaterów Trylogii Sienkiewicza, który po kapitulacji twierdzy w Kamieńcu Podolskim wraz ze swoim przyjacielem Hasslingiem-Ketlingiem of Elgin wysadził zamek w powietrze, demonstracyjnie poświęcając własne życie. Ideałem patrioty jest też Julian Ordon, który, jak przekonywał w  wierszu Adam Mickiewicz, wolał wysadzić broniony przez siebie szaniec, niż oddać go w ręce nacierających żołnierzy II korpusu piechoty rosyjskiej. Niestety, wieszcz namieszał tym wierszem, jak umiał. Kiedy utwór dotarł z Drezna do Warszawy, tak poruszył mieszkańców stolicy, że za duszę Ordona zamawiano nawet msze żałobne. Tymczasem bohaterski obrońca reduty, nieświadom zanoszonych za jego mary modłów, cieszył się doskonałym zdrowiem. Nikogo to jednak nie interesowało. Liczył się bardziej jako martwy bohater niż żyjący zwykły człowiek. Przez kolejne dziesięciolecia otaczano kultem miejsce, gdzie Ordon miał wysadzić swoją redutę w powietrze. W  rzeczywistości ppor. Julian Konstanty Ordon dowodził jedynie artylerią w reducie nr 54 na Woli. Nie wysadził jej i  nie poświęcił swojego życia. Kiedy załoga fortu, składająca się z dwóch kompanii 1. Pułku Strzelców Pieszych pod dowództwem kpt. Franciszka Bobińskiego, zaczęła bezpośrednią walkę na bagnety z wdzierającymi się Rosjanami, prawdopodobnie w  wyniku czyjegoś błędu w powietrze wyleciał magazyn z  amunicją. Dla poety najważniejsze było, że podczas wybuchu zginęło aż 300 Rosjan. Był to mocny fundament pod nową legendę narodową. Julian Konstanty Ordon przeżył powstanie listopadowe. Przez resztę życia tułał się po Europie. Być może Mickiewiczowski stygmat bohatera narodowego zaciążył na nim tak mocno, że 4 maja 1887 r. postanowił naprawdę odebrać sobie życie.

Zasłużeni i zapomniani

Każda epopeja narodowa, legenda patriotyczna czy podanie o początkach państwa opiera się zazwyczaj na świadomym przekłamaniu. Herosi nie istnieją, a straceńcy gotowi oddać życie za ojczyznę są największą zmorą historii. Tymczasem prawdziwi bohaterowie kształtują losy narodu w czasach pokoju. Mało kto chce jednak o nich pamiętać. Przecież to nie romantyczni straceńcy, ale twardo stąpający po ziemi przedsiębiorcy, przemysłowcy, finansiści i bankierzy kształtują siłę i  dostatek państwa. Kto dziś pamięta o  adiutancie marszałka Józefa Piłsudskiego, gdyńskim armatorze Jerzym Jabłonowskim, którego Niemcy zamordowali w  Auschwitz? Niewiele osób mogłoby wymienić z  pamięci nazwiska takich przedsiębiorców II Rzeczypospolitej, jak chemik Józef Kochanowicz, włocławski przemysłowiec Hugo Mühsam, bielski wynalazca Walter Jan König, kaliski budowniczy instrumentów muzycznych Juliusz Betting czy zamordowany w  Auschwitz kupiec Stanisław Lurski. Było ich oczywiście znaczniej więcej. Wszystkie dzieci znają Tadeusza Kościuszkę, ale tylko nieliczni studenci wiedzą, kim był minister skarbu Królestwa Kongresowego Ksawery Drucki-Lubecki, twórca pierwszego w  historii banku narodowego. Od młodzieży wymaga się pamiętania nazwiska Romualda Traugutta, ale podręczniki przemykają po nazwisku naczelnika rządowych zakładów górniczo-hutniczych Królestwa Kongresowego, inżyniera Fryderyka Wilhelma Lempego. W  tradycji anglosaskiej zasłużony patriota to aktywista, ideowiec i przedsiębiorca dbający o swój dobrobyt, a przez to o zamożność własnego państwa. Najwięksi amerykańscy przemysłowcy byli zawsze filantropami. Budowali uniwersytety, jak John D. Rockefeller, wznosili świątynie kultury, jak Andrew Carnegie, przekazywali ogromne zbiory sztuki muzeom, jak John Pierpont Morgan. Ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych upatrywali siłę swojego niepodległego państwa w  rozwoju przedsiębiorczości. Ameryka nie stała się potęgą tylko ze względu na swoje rozległe przestrzenie. Rosja miała ich przecież dwa razy więcej. Ameryka nie stała się supermocarstwem tylko ze względu na arsenał nuklearny. Rosja ma większy. Swoją potęgę Ameryka zawdzięcza przeświadczeniu, że aktywność gospodarcza jest postawą patriotyczną. Stąd właśnie od angielskiego słowa „busy”, czyli „zajęty” lub „aktywny”, powstała nazwa biznes – często drobny i  rodzinny komponent potęgi narodowej.

Kult przegranej insurekcji

Co jednak stanowi najgorszą przeszkodę w  rozwoju przedsiębiorczości? Istnieją dwie naturalne zapory stojące na drodze postępu. Pierwszą jest szeroko pojęty populizm przejawiający się w próbie dekretowania dobrobytu finansowanego przez dodrukowywanie pieniędzy. Drugą – narodowa skłonność do bezsensownego heroizmu w obronie przegranej sprawy. Takie zjawisko charakteryzuje nasz naród. Nie różnimy się niczym od Niemców, Francuzów czy Amerykanów. W sytuacji, kiedy nikt nie okupuje naszego kraju lub nie zmusza nas do księżycowych reguł socjalistycznych, jesteśmy narodem pomysłowym oraz zdolnym do operatywnego działania i prężnej inicjatywy. Problem jednak w  tym, że w  najtrudniejszych momentach naszej historii nie potrafimy chronić najcenniejszych zasobów intelektualnych i  talentów naszego społeczeństwa. Przykładem powstanie warszawskie, które w konkretnej sytuacji wojennej i politycznej latem 1944 roku było zrywem heroicznym, ale jednocześnie w  dużej mierze pozbawionym sensu. Powstanie upadło po 63 dniach koszmarnych walk ulicznych i niewysłowionego cierpienia mieszkańców polskiej stolicy. Bilans tego najbardziej bezsensownego zrywu w historii Polski był przerażający. Na podstawie materiałów dowodowych zgromadzonych przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich ocenia się, że od sierpnia do października 1944 r. w Warszawie zginęło ok. 200 tys. cywilnych mieszkańców stolicy oraz 16 tys. powstańców. Liczby te potwierdzają także źródła niemieckie, w tym sporządzony 20 grudnia 1944 r. ściśle tajny raport końcowy (Schlussbericht) gubernatora dystryktu warszawskiego dr. Friedricha Gollerta. Ponad pół miliona ludzi zostało wypędzonych ze swoich domów, za których utratę nigdy nie otrzymali odszkodowania od państwa niemieckiego. Od 3 października 1944 do 16 stycznia 1945 r. specjalne brygady niemieckie zniszczyły 45 proc. budynków stolicy, w  tym 72 proc. obiektów mieszkaniowych. 27 listopada 1944 r. w akcie najwyższego barbarzyństwa niemieckie hordy wysadziły w  powietrze Zamek Królewski w  Warszawie. Podobny los spotkał 25 kościołów, niemal wszystkie szkoły, uczelnie i  szpitale. 90 tys. Polaków wysłano do pracy niewolniczej w  Niemczech, a  60 tys. osadzono w  obozach koncentracyjnych. Mimo to do dzisiaj warszawska insurekcja jest tematem niemal nieznanym na świecie. Dlaczego? Ponieważ nigdy nie potrafiliśmy o to zadbać. Nikt nie ma litości dla przegranych utracjuszy, którzy nie potrafią myśleć o przyszłych pokoleniach. Jaki sens miało posłanie na śmierć tysięcy młodych, dobrze wykształconych mieszkańców stolicy, którzy po wojnie mogli kształtować rozwój Polski? Żadna z ośmiu osób, które ponoszą winę za realizację głównego elementu planu „Burza”, nie łudziła się, że powstańcy mogą samodzielnie pokonać regularne oddziały niemieckie. Wiedział o tym przede wszystkim generał Tadeusz Bór-Komorowski, który 14 lipca 1944 r. wysłał do naczelnego wodza jednoznaczną ocenę sytuacji w okupowanej Polsce: „Zdaję sobie sprawę, że udanie się takiego wybuchu ułatwiłoby Sowietom działania wojenne, lecz głównie miałoby wartość polityczną. Kraj stworzyłby pozory chęci współpracy z Sowietami i podporządkowania się im, a  ludność poniosłaby olbrzymie straty oraz nastąpiłby rozłam w społeczeństwie polskim, co ułatwiłoby Sowietom przeprowadzenie ich planów politycznych w Polsce”. Wydając rozkaz do powstania, Bór-Komorowski postąpił wbrew własnej opinii, a tym samym ułatwił Stalinowi to, przed czym sam ostrzegał w  liście do Londynu. Trudno też uwierzyć, że absolwent szkoły oficerskiej piechoty i kawalerii w Wiener Neustad i doświadczony dowódca frontowy nie wiedział, jak straszne będą konsekwencje walki miejskiej, o  której był od początku przekonany, że jest niemożliwa do wygrania. Potwierdził to słowami: „Przy obecnym stanie sił niemieckich w Polsce i  przy przygotowaniach przeciwpowstańczych, polegających na rozbudowie każdego budynku zajętego przez oddziały, a nawet urzędy, w obronne fortece z bunkrami otoczonymi drutem kolczastym, powstanie nie ma widoków powodzenia”.  Dzisiaj gloryfikujemy straceńcze akty heroizmu. Nasza historia aż się od nich roi. Obok wszechobecnych pomników polskiego papieża i  prezydenta Lecha Kaczyńskiego ulice naszych miast są wypełnione tablicami pamięci i pomnikami ku czci poległych w  obronie spraw beznadziejnych. A gdzie są pomniki polskich wynalazców i  odkrywców? Nie widziałem pomników Ignacego Łukasiewicza, Henryka Władysława Magnuskiego, Henryka Arctowskiego, Jana Szczepanika, Janusza Groszkowskiego czy Józefa Hoffmana. A przecież to początek długiej listy wielkich polskich uczonych, odkrywców, wynalazców, przedsiębiorców i filantropów, których zasługi są niemal całkowicie zapomniane. Nasza historia nie musi być nieustannym kultem klęski i śmierci. Dzisiaj należy przywrócić polskiej nauce i przedsiębiorczości należny im szacunek dziejowy i odwołując się do najlepszych wzorców pozytywistycznych, nareszcie skończyć z  tym upiornym wzorem Wołodyjowskiego i Ordona.


Przeczytaj też:

Zmierzch monarchii brytyjskiej

Królowa Elżbieta II jest najdłużej panującą i najbardziej uwielbianą monarchinią w dziejach Anglii i Wielkiej Brytanii. To pewien paradoks historii, ponieważ jej panowanie jest epilogiem brytyjskiego splendoru królewskiego i brytyjskiej mocarstwowości.

11 września 2001 roku: Dzień, który zmienił świat

Choć od zamachów na World Trade Center i Pentagon mija dwadzieścia lat, nadal nie znamy całej prawdy o tych tragicznych wydarzeniach.

Jak założyć własne państwo

Średniowieczny przepis na założenie własnego państwa był prosty. Posługując się mniej lub bardziej etycznymi metodami perswazji, należało zebrać wokół siebie najbogatsze i najsilniejsze klany rodzinne jakiegoś regionu.


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę