Kodeks drogowy 2022

Polacy jeżdżą szybko, bo mogą

Żadne podwyżki stawek mandatów nie poprawią bezpieczeństwa na polskich drogach. Powód jest prozaiczny. W zasadzie nikt nie ściga kierowców za przekraczanie prędkości.

Tomasz Nowak
Foto: Andrzej Rembowski / Pixabay

1 czerwca 2021 r. zaczęły obowiązywać nowe przepisy dotyczące poruszania się na przejściach dla pieszych. W ciągu pierwszych trzech miesięcy ich obowiązywania (późniejsze dane obejmują okres od początku roku, więc mogą fałszować obraz) doszło do: 421 wypadków z udziałem pieszych, 28 z nich poniosło śmierć, a 416 osób zostało rannych. To dużo, ale ofiar ciężko rannych było mniej o blisko 14% w roku 2020, a w odniesieniu do roku 2019 aż o 29,8%. Resort podkreśla, że dane z ubiegłego roku mogą być zaburzone z powodu pandemii i ograniczonej możliwości poruszania się.

Wszystko zatem wskazuje, że przepisy świetnie działają i to jest dobra wiadomość. Dane statystyczne nie odpowiadają jednak na pytanie czy jest to zasługa przepisów, czy kampanii informacyjnej. Stawiam na to drugie. Kampania pokazała kierowcom pieszych użytkowników dróg, a piesi dowiedzieli się, że nie są świętymi krowami i w kolizji z autem zawsze przegrają. Biorąc pod uwagę, że zaledwie 52% kierowców słyszało o zmianie tych przepisów i zapewne tyleż pieszych osób, efekt jest niebywały. Co by się stało, gdyby usłyszeli wszyscy? Statystyki milczą o ilości kierowców ukaranych za nieudostępnienie pierwszeństwa i ilości pieszych ukaranych za korzystanie ze smartfona na przejściu przez jezdnię. Niemniej, sukces jest. Brawo piesi i kierowcy. Czy sukces pozostanie sukcesem, jak kampanie przestaną działać?

Od 1 stycznia 2022 czeka nas, kierowców, kolejna zmiana. Wzrost stawek za wykroczenia drogowe. Drastyczny wzrost. Za rozmowy przez komórkę w trakcie jazdy zapłacimy 500zł, za przekroczenie prędkości o 30km/h – 800zł, mandat maksymalny 5 tys zł, a sądy będą mogły nakładać na sprawców wykroczeń przeciwko bezpieczeństwu i porządkowi w komunikacji kary do 30 tys. zł. Czy wysokość kar może odstraszyć? Wątpliwe. Kierowcy (ci, którzy w ogóle dowiedzą się o zmianie) najpierw zdejmą nogę z gazu, a później przywykną, zapomną i będą jeździli jak dawniej. Powód jest prozaiczny: to nie wysokość kary odstrasza, tylko jej nieuchronność.

W 2020 roku wystawiono 2 mln 587 tys. mandatów za wykroczenia drogowe, które otrzymała część z 19 009 519 polskich właścicieli aut (milczeniem przykryjmy obcokrajowców). To mniej niż 14%, część z nich za błahostki typu złe parkowanie, wielu nie zauważyło automatycznego radaru, a część kilka razy miała pecha. Tymczasem jak podaje w swoim zestawieniu, dotyczącym tylko miasta Warszawa, portal transport-publiczny.pl: „Na ulicy Nowokijowskiej, będącej częścią Trasy Świętokrzyskiej, w sąsiedztwie Dworca Wschodniego, prędkość przekracza 96,7%. kierowców”. W innym miejscu, gdzie podsumowują pomiary wszystkich poruszających się pojazdów w 42 punktach na terenie miasta: „Stwierdzono ponad 1,8 mln przekroczeń prędkości dopuszczalnej [na 3,3 mln pomiarów – red.] stanowiących 56% wszystkich zarejestrowanych pojazdów, z czego 1 mln dotyczył przekroczeń o ponad 10 km/h (ponad 30% wszystkich pojazdów). 12 tys. (3,6%) kierujących pojazdami było zagrożonych utratą prawa jazdy (przekroczenie prędkości dopuszczalnej o ponad 50 km/h)”. A Warszawa to przecież maleńki wycinek polskiej mapy drogowej. Oznacza to, że w Polsce przepisy dotyczące ograniczeń prędkości, przynajmniej czasem, łamią wszyscy.

Nie wiem ile razy 19 milionów pojazdów wyjeżdża na ulicę rocznie, ale w zestawieniu ilość mandatów kontra Ilość pojazdów kontra Ilość przekroczeń prędkości, polscy kierowcy nie są ścigani przez policję. W zasadzie nigdy. Dlatego też uważam, że podwyżka taryfikatora mandatowego ma służyć wyłącznie łataniu budżetu, bo wpływ na poprawę bezpieczeństwa ruchu będzie miała znikomy. Po prostu, kara jest ulotnym, pomijalnym przypadkiem, a nie konsekwencją prawie każdego wykroczenia.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Gdyby komukolwiek zależało na ukróceniu piratów drogowych z fantazją łamiących ograniczenia prędkości, to już dawno istnieją możliwości techniczne mogące temu służyć. Są te wszystkie GPS-y, rejestratory – i nic nie stoi na przeszkodzie aby w autach założyć ograniczniki prędkości połączone z punktami nawigacyjnymi na drodze. Jest odcinek z ograniczeniem do 60 km/h - ogranicznik odcina paliwo i możesz jechać maksimum osiemdziesiątką. Czemu nikt tego nie robi? Zapewne powodów jest wiele, ale podstawowym są wpływy z mandatów. 2,6 mln kar, nawet po stówce, to kawał grosza.

Nowy taryfikator przewiduje, że policjant na drodze będzie mógł wystawić mandat do 6 tys. zł, a tymczasem jak podaje GUS średnie zarobki policjanta to 5681 zł brutto, czyli około 4100 netto za miesiąc potencjalnego narażania życia. Nigdy bym nie podważył uczciwości i prawości polskich policjantów i nie śmiałbym zasugerować, że za dyskretnie przekazane 2 tys. zł. skończą procedurę tylko na pouczeniu niesfornego kierowcy.


Przeczytaj też:

Prawne absurdy w USA, czyli jak głupia bywa demokracja samorządowa

Ameryka kojarzy się nam z liberalnym prawem, wolnością słowa i swobodami obywatelskimi. To jednak mylny obraz. Akty prawne uchwalone przez 240 lat istnienia Stanów Zjednoczonych dowodzą, że amerykańscy ustawodawcy mieli obsesję na punkcie zakazów.

Sadzić, palić, zalegalizować!

Nastolatek posiadający stosunkowo niewielką ilość narkotyków może zostać uznany za handlarza i spędzić w więzieniu 15 lat. Nawet jeśli posiada marihuanę, narkotyk, który coraz więcej państw legalizuje.


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę