Media

Nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka

12 sierpnia 2021 roku niczym nie różni się od innych dni w tym kraju. Tym wszystkim, którzy krzyczą, że właśnie dokonano zamachu stanu na wolne media gratuluję bujnej wyobraźni. Tylko bowiem mitomani mogą utrzymywać, że w tym kraju kiedykolwiek były wolne media.

 |  (PŁ)
Foto: Palinchak, Bernard Bialorucki/Dreamstime.com

Wczorajsze głosowanie w Sejmie nad tzw. ustawą medialną „Lex TVN” wpisuje się w zaściankową wojenkę, która toczy się w tym kraju od trzech dekad.

Zbyt długo siedzę w tej branży, żeby pozwalać się ogłupiać bajkami o zamachu na prawo do publicznego wyrażania własnych poglądów.

Uważam że nigdy go nie było! Być może przez krótki, początkowy fragment historii odrodzonej Rzeczpospolitej istniała jako taka wolna prasa, która była jednak silnie upartyjniona i zideologizowana.

Potem mieliśmy cenzurę sanacyjną, a po wojnie propagandę, której kierownictwo było dobierane według klucza przynależności do określonej koterii partyjnej.

Po 1989 roku wydawało się, że powstanie prawdziwie zdywersyfikowany rynek medialny. Nic z tego, stare i nowe tytuły zostawały w rękach środowisk związanych z dawną nomenklaturą partyjną lub trafiały do nowej starannie wyselekcjonowanej grupy dziennikarzy.

Szczególnie Telewizja Polska i Polskie Radio stały się przechowalnią starych kadr werbowanych jeszcze w epoce prezesury Macieja Szczepańskiego, „zweryfikowanych” w czasie stanu wojennego i selektywnie zasilonych przez „zasłużonych” reprezentantów określonych środowisk opozycyjnych.

Pamiętam, kiedy jeszcze w czasach studenckich chadzałem z Andrzejem Drawiczem po parku na osiedlu Służew nad Dolinką w Warszawie. Tak się złożyło, że poznaliśmy się przed 1989 rokiem i jako lokalni psiarze chodziliśmy, czasami w towarzystwie pana Marka Walczewskiego, po osiedlu rzucając naszym psom patyki. Pan Andrzej, któremu z kolegami nadaliśmy osiedlową ksywę Belfegor (kiedyś się o tym dowiedział i wcale nie miał pretensji, bo chyba mu się spodobała) czasami coś rzucał o Radiokomitecie. Uwagi były niecenzuralne i wskazywały na stajnię Augiasza. Wielu z nas, studentów Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, nie miało żadnych szans na karierę w mediach. Dlaczego? Ponieważ w czasach, kiedy panowało dwucyfrowe bezrobocie media nurtu głównego stały się elitarnym klubem dla wybrańców. Wcale nie najmądrzejszych i wcale nie krytycznych wobec PRL. Liczyły się układy i plecy, znaczenie miało kto z kim pije lub sypia, co w przypadku młodych ludzi miało swoją szczególną wymowę. Przechodzili spolegliwi, ale też pozbawieni skrupułów. O etyce dziennikarskiej niech mi nikt nie opowiada, bo wiem ilu wartościowych ludzi odpadło stosując się właśnie do elementarnych zasad etyki, a kto, gdzie i jak zaczynał.

Wracają w pamięci liczne przesłuchania i rekrutacje, podczas których dzisiejsze, zramolałe już gwiazdy dziennikarstwa zaczynały swoje błyskotliwe kariery. Ile ciekawych opowiadań docierało od ich znajomych i personelu technicznego redakcji. Wybrańcy byli wybrańcami w dosłownym tego słowa znaczeniu – wybieranymi przez pewne środowiska. Po mieście krążyły niezwykłe opowiadania o sposobach rekrutacji stosowanych przez niektórych dyrektorów programowych nowych stacji telewizyjnych i radiowych.

Ludzie z wyobraźnią, dobrym piórem, wiedzą i własną wizją świata nie byli nikomu potrzebni. Mało tego, stanowili realne zagrożenie dla dziennikarskiej urawniłowki. Federacja miernot miała swój kodeks eliminujący nadgorliwców.

Łóżko, koneksje rodzinne, czasami powiązania z ludźmi z miasta, a przede wszystkim ze spółdzielnią gumowe ucho otwierały drogę do sławy i bezpiecznej przystani finansowej.

Jak grzyby po deszczu powstawały nasycone szmirą i tandetą, kopiowane jeden do jednego klony programów zachodnich. Najczęściej wybierane były najtańsze licencje, więc i jakość była z dolnej półki cenowej. It's fat free and it tastes like free – jak mawiał pewien amerykański kumpel. Kalkowane jeden do jednego wzorce zachodnie, najczęściej brytyjskie i amerykańskie, były dalekie od pierwowzoru w polskim wydaniu. Ale na bezrybiu i rak ryba. Przez trzy dekady dwa lub nawet trzy pokolenia Polaków nauczyły się smakować tę czekoladopodobną papkę intelektualną.

Jej rezultatem była także zmiana (dopasowana do gustu i inteligencji ogółu) wizerunku kampanii wyborczych i polityki w całości. Nie rozliczywszy się z komuną, a wręcz tworząc jej szklarniowe warunki do przetrwania, wyhodowaliśmy chwasty polityczne, które idealnie pasowały do wizerunku polskiej klasy politycznej zdefiniowanej przez Józefa Piłsudskiego: „Do polityki garną się ludzie, którzy nic nie osiągnęli, a więc nieudacznicy i darmozjady. Polityka to dla nich deska ratunku, mogą godnie żyć nie dając w zamian nic”. Tak też było w mediach, bo były one odpryskiem polityki.

Do kogo mieć pretensję, skoro sami sobie ten „burdel, pierdel i serdel” zbudowaliśmy?

Uwierzyliśmy w bajkę, która nazywa się demokracją i wolnością słowa. A przecież za prawdziwą wolność słowa można co najwyżej dostać po mordzie od jakiegoś przerośniętego mutanta na ulicy. Ta farsa nazywana rządem i opozycją stanowi znakomicie zgrany i nierozerwalny układ interesów. Przypomina strukturę atomu, gdzie na orbitach wokół naładowanego dodatnio jądra krąży ujemnie naładowany elektron, ale mimo różnic potencjałów nigdy nie spada na proton. Dlaczego? To zagadnienie do dzisiaj stanowi zagwozdkę dla świata nauki, ale fizyka kwantowa i zasada nieoznaczoności pozwala nam przypuszczać, że stabilność atomu wynika z kruchej równowagi między elektronem i jądrem, które muszą utrzymać od siebie taką odległość, żeby całkowita energia elektronu była minimalna.

Podobnie jest w polityce. W 2005 roku środowiska dawnej opozycji solidarnościowej musiały pokonać lewicę po rządach Kwaśniewskiego skłóconego z Milerem. Nowa formacja o intrygującej nazwie POPIS okazała się strzałem w dziesiątkę - najlepszą szczepionką antylewicową jaka istnieje po 1989 roku. Jej szybki rozpad po wyborach był oczywistym, stałym i przewidzianym od początku fragmentem dobrze przygotowanego scenariusza, a nie wynikiem jakiegoś tam sporu ideologicznego. Podział koryta odbył się pod jednym warunkiem: obie strony przyjęły święte przykazanie: „nie będziesz miał innego wroga oprócz mnie”. Zupełnie jak wśród cząstek elementarnych, które doskonale utrzymują odpowiednie proporcje energetyczne aby się przyciągać i odpychać zarazem.

POPIS się rozpadł, skupiając na swoim sporze całą uwagę wyborców. Lewica, korwinowcy i cała reszta poszli w odstawkę. Żelazny kanclerz Miller okazał się biednym starszym panem szukającym jakiegoś sensownego zajęcia w życiu. Wkrótce dwupartyjny układ znakomicie poradził sobie z nieuporządkowanymi anomaliami w postaci Ligi Polskich Rodzin, Samoobrony, Palikota czy ludzi Ryszarda Petru .

A potem zgodnie z przyjętą zasadą, że się nienawidzimy, ale gramy tylko ze sobą, zaczęła się prawdziwa zadyma. Wszystko przypominałoby system dwupartyjny w UK lub USA, ale 10 kwietnia spadł samolot i niektórzy uwierzyli naprawdę, że zabawa jest na serio.

To zmieniło sport w prawdziwą wojnę, w którą zaangażowały się przede wszystkim niektóre media. No ale nie oszukujmy się. Te media doskonale żyły z tej wojenki polsko-polskiej. TVN24 miał prawdziwe żniwa przez ostatnie 16 lat. Choć konkurencja wieściła tej stacji niepowodzenie, to główni bohaterowie sitcomu narodowego „świat według POPISU”: Jarek, Donek, Bronek, Radek, Grzesiek i gościnni aktorzy: Jędruś, Borysek, Ewka, Beata czy Mati – znakomicie podtrzymywali oglądalność. Spoza układu trafiali czasem do studia pogubieni banici z SLD. Dlatego przy ostatnich wyborach POPIS zgarnął ponad 70 procent głosów wyborczych. Ta nieustanna zabawa w Kargula i Pawlaka okazała się kurą znosząca złote jajka. Jakaż musiała być radość na Nowogrodzkiej, kiedy Donald Tusk ogłosił powrót do polityki. Prezes zapewne mówił wzruszony jak bardzo się cieszy z powrotu ukochanego rywala, a Mariusz wycierając zbawcy narodu łzy z policzków wtórował, że „Donald to jednak niezawodna firma”.

Zgadzam się z Bogusławem Chrabotą, że wybory do polskiego parlamentu odbędą się w przyszłym roku. To nie sprawa ustawy „Lex TVN”, kontrowersji wokół żydowskich odszkodowań, zmian w sądownictwie czy sporów wobec aborcji przyczyni się do kolejnej zmiany warty. Tak po prostu wynika z logiki cyklu produkcyjnego. Wiedzą o tym kluby piłkarskie, że nie warto ciągle wygrywać pucharów.

Wybory PiS się po prostu opłacą. Nadchodzi bowiem dekoniunktura, wzrośnie bezrobocie, inflacja znacznie zje nam oszczędności, koronawirus przykręci śrubę i koryto zrobi się puste. Dlatego w pakiecie głosowań jakoś nikt wczoraj nie bronił się przed podwyżkami dla posłów. Znowu daliśmy im podwyżkę z naszych portfeli.

Oddać władzę politycznym wspólnikom i przeczekać do koniunktury i przejąć znowu władzę od wykrwawionej ekipy PO – to jest plan pisowskiej wierchuszki. Niegłupi. Tylko jest jeden problem: czy PO nie postawi liderów PiS przed trybunałem stanu? Szkoda odpowiadać na tak niedorzeczne pytanie. Nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka. (PŁ)


Przeczytaj też:

Talibowie zbrojeniową potęgą

Afgańska armia rozsypała się jak domek z kart. Amerykanie nie zniszczyli pozostawionego sprzętu. Dzięki nim talibowie mogą rozpocząć eksport islamskiej rewolucji do krajów ościennych oraz rozpętać globalną falę terroru.

Święte prawo gościnności

Helmold, historyk saski z XII wieku, który jako kronikarz towarzyszył niemieckim wyprawom chrystianizacyjnym, pozostawił po sobie dzieło o nazwie Chronica Slavorum, czyli Kroniki Słowian. Jest to jedno z najważniejszych źródeł opisujących wierzenia, obyczaje, kulturę, organizację społeczną i życi...


Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę