Publiczne, prywatne

Media, ale jakie?

Zawsze nurtowało mnie pytanie: dlaczego po upadku komuny nikt nigdy głośno nie postulował prywatyzacji telewizji publicznej i publicznego radia? Dlaczego można było sprzedać wszystkie gazety, ale już ani jednego programu RTV?

 |  Grzegorz Hajdarowicz
Foto: Bundesarchiv, Bild 102-17049 / Georg Pahl / CC-BY-SA 3.0; Maksym Yemelyanov/Adobe stock

Z mediami zetknąłem się pierwszy raz, zapewne oglądając czy to „Teleranek” (Słodowy i „Niewidzialna ręka” – obowiązkowo), czy to „Zwierzyniec” („te, co skaczą i fruwają, na nasz program zapraszają”), czy to filmy i seriale („Ojciec chrzestny”, „Ja, Klaudiusz!”) w Telewizji Polskiej. Potem były czwartkowe kryminały i boks. Radio to z kolei muzyka od Jeana-Michela Jarre’a po Sex Pistols, oczywiście głównie w Trójce. Niezależne media poznałem, samemu je dystrybuując i drukując w podziemiu w latach 80. Później było obserwowanie z lubością demontażu RSW Prasy Książki Ruchu, pierwsze prywatyzacje gazet, powstanie RMF, prywatnych stacji telewizyjnych, w końcu Internetu i mediów społecznościowych. Wydawać się mogło, że za mojego życia przeszedłem wielką i różnorodną drogę z różnymi pomysłami, jak podawać ludziom rozrywkę, wiedzę i informacje. Droga wydawała się wznosząca, rozwijająca i idąca w bezkres wolności. Coś jednak od lat 90. zaczęło mi się nie podobać, coś zgrzytało, coś było nie tak. Zawsze nurtowało mnie pytanie: dlaczego po upadku komuny nikt nigdy głośno nie postulował prywatyzacji telewizji publicznej i publicznego radia? Dlaczego można było sprzedać wszystkie gazety (bardzo ważne wtedy), ale już ani jednego programu RTV? Od czasu do czasu dochodziły informacje, że ta czy inna partia uzyskała lub straciła wpływy na to czy inne stanowisko w publicznych mediach. Czasami towarzyszył temu jakiś skandalik towarzysko-polityczny. Nieśmiałe postulaty, że to nie powinno być przedsiębiorstwo państwowe, były od razu uciszane gromkim oburzeniem polityków, ludzi kultury itp. Media te zatrudniały bardzo zadowolonych pracowników i współpracowników. Nieważne, że nieproporcjonalnie do liczby pracowników zatrudnionych w mediach prywatnych. Były eldoradem dla wielu osób ze stolicy i poza nią. Po co więc ktoś miał to zmieniać? Skoro paśnik taki obfity... komu to przeszkadza? Aż przyszedł taki czas, że rządzący postanowili przykręcić śrubę i przestali się dzielić konfiturami. Sami zagarnęli wszystko – mają problem tylko z podziałem wewnętrznym, ale to dopracują z czasem – przykręcili śrubę, obniżyli standard i idą jak walec. Widz z wypiekami słucha lub ogląda, myśl mu nie kiełkuje – jednym słowem, zabawa na całego. Ale wszyscy wiemy, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jak tak świetnie wyszło w mediach publicznych, to może to trzeba rozszerzyć, zamiast prywatyzować? Tego nikt nie chce. Trzeba nacjonalizować! Po co nam media prywatne? Państwowe dobre, państwowe smakowite! A prywatne? Wiadomo: be. W końcu można naprawić błędy przeszłości i z prywatyzacji, wyrównać balans we własności kapitałowej, bo rzeczywiście niemieckich właścicieli mamy nieproporcjonalnie dużo. Pytanie: dlaczego? Chyba dlatego, że w ogóle mamy ich dużo w polskiej gospodarce, a niektórzy ekonomiści marudzą, że od tej gospodarki zależymy, bo mamy z nią 40 proc. eksportu – i zawodzą głośno „ojojoj”, „ojojoj”. „Fajny” pomysł ten państwowy walec. Ale zaraz! Przecież ja to już gdzieś, kiedyś widziałem! Kiedy? A za PRL-u. Czyżby nam się ustrój ponownie zmieniał? Patrząc przez okno wieżowca w Warszawie, jakoś tego nie widać, ale w kościach to już czuć. To znowu będzie „Słodowy” i „Niewidzialna ręka”? Dla mnie bomba, odmłodzę się o 40 lat!!! Tylko niechcący, szperając w Internecie, przypadkowo znalazłem takie dziwne słowo: Volksempfänger. Wyjaśnienie: niemiecki „odbiornik ludowy” – jedno z narzędzi skierowanej do Niemców propagandy Goebbelsa. Ciekawe rozwiązanie: odbiornik tylko z jednym lub dwoma programami radiowymi, ale za to słusznymi dla ludu. Dobry przekaz rozrywki, wiedzy i wiadomości, sprofilowany i słuszny. Tego niestety sam nie pamiętam, tyle lat to nie mam. Tyle że to niemiecki pomysł, nie wiem więc, czy powinniśmy naśladować? No i na moje oko niewiele ma wspólnego z tymi wartościami, które wyciągnęły ludzi na ulice i skłoniły do strajków 40 lat temu i przez 10 lat trzymały w oporze. Bo tam chodziło nie o to, kto zawładnie dostępem do mediów, tylko o wolność i różnorodność ich przekazu. Usłużnie to co poniektórym przypominam. No, chyba że znów będzie „Teleranek”.



Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę