Opinie

Utrata dotacji unijnych grozi Polsce katastrofą

Jeżeli Unia zablokuje plan odbudowy dla Polski, zacznie się katastrofa. Można się pożegnać nie tylko z impulsem dla gospodarki ale też bardzo mocnym bodźcem dla biznesu. Powód? Innych pieniędzy na rozwój nie będzie.

 |  Marcin Piasecki
Foto: weyo/Adobe stock

Premier Mateusz Morawiecki obwieścił, że po czerwcu „mamy nadwyżkę w budżecie przekraczającą 25 miliardów złotych”. Tylko, że dane dotyczące budżetu stanowią tylko część prawdy i przez ekonomistów są traktowane coraz mniej poważnie. Prawdziwy obraz finansów publicznych jest właściwie nieznany. Wiadomo, że PFR czy BGK brną w długi liczone w setkach miliardów złotych. Zadłużają się również różnego rodzaju fundusze rządowe. Cel jest jasny: ukrycie sytuacji budżetu centralnego.

Ta gra może miałaby jakiś sens w obliczu potężnego bodźca zewnętrznego, czyli po prostu zastrzyku pieniędzy z Unii w ramach planu odbudowy. Owszem, to stąpanie po cienkim lodzie, ale istniałaby szansa, że wzrost gospodarki, rozwój biznesu i bogacenie się Polski pozwoliłby na trzymanie pod względną kontrolą tych ziejących z różnych stron dziur zadłużenia. Ale blisko 60 mld euro z UE, jakie Polska miała mieć do dyspozycji jest poważnie zagrożonych, z przyczyn czysto politycznych, czyli wojny jaką PiS wydał Brukseli w sprawie wymiaru sprawiedliwości i nie tylko.

Zablokowanie tych pieniędzy byłoby katastrofą, skazałoby polską gospodarkę w najlepszym razie na dryf, jeżeli nie na bardzo poważne turbulencje. Rządzący zostaliby z olbrzymim deficytem porozrzucanym po różnych kątach, olbrzymimi obciążeniami socjalnymi oraz pytaniem z czego finansować rozwój? Z dalszego zadłużania się? Pytanie, czy będą chętni do finansowania tego długu. Dla zagranicy już obecny poziom konfliktu z Brukselą jest wyraźnym sygnałem, że Polska niekoniecznie stanowi oazę stabilności. Nie trzeba być jakimś szczególnym prorokiem, by przewidywać, że takie poczucie znacząco wzrośnie, jeżeli dojdzie do blokady środków na odbudowę. Oczywiście, wszystko jest kwestią ceny i zobaczymy na jak wysokim poziomie rynki finansowe wycenią ryzyko pożyczania pieniędzy mało przewidywalnej Polsce. Podobnie zadłużenie wewnętrzne - stanie się pochodną kosztu zaufania instytucji i obywateli do państwa, które właśnie traci potężne unijne pieniądze.

Tak czy inaczej, trudno sobie wyobrazić sytuację, że zasoby prorozwojowe nie skurczą się w poważnym stopniu. Że państwo przyciśnięte długami i koniecznością obsługi potężnego socjalu nie zdecyduje się na podwyżkę podatków oraz różnego rodzaju danin i opłat. Że wymiana handlowa z Unią będzie kwitła tak jak dotychczas. I że wzrośnie to, czego polska gospodarka bardzo potrzebuje – inwestycje firm.

Dla biznesu ta cała sytuacja oznacza poważny regres. Zamiast myślenia o spijaniu śmietanki z funkcjonowania planu odbudowy, trzeba będzie błyskawicznie przygotować się do ekonomicznej flauty. I nie ma większego znaczenia, że dziś nasza gospodarka funkcjonuje całkiem nieźle, a problemem jest chociażby nie nadmiar, lecz brak rąk do pracy. To wzrost w dużej mierze na sterydach – między innymi dzięki potężnemu zadłużeniu i pieniądzom, które teraz płyną z Unii. Sytuacja niestety bardzo szybko może się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Lepiej nie przekonywać się, co wówczas będzie się działo, gdyż z całą pewnością nie będą to rzeczy dobre.



Redaktor naczelny: Paweł Łepkowski | Edytor: Marta Narocka-Harasz  

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Stale współpracują: Zofia Brzezińska, Robert Cheda, Jacek Cieślak, Zuzanna Dąbrowska, Gaja Hajdarowicz, Grzegorz Hajdarowicz, Mariusz Janik, Krzysztof Kowalski, Hubert Kozieł, Marek Kutarba, Tomasz Nowak, Joanna Matusik, Justyna Olszewska, Marcin Piasecki, Paweł Rochowicz.

©
Wróć na górę